«

»

Mar
17

Pamiętnik i wspomnienia ULUCZANINA

Pamiętnik i wspomnienia ULUCZANINA

 

Rozdział I


Ulucz z mojego dzieciństwa. Ulucz taki, jakim był

Urodziłem się 5-go czerwca 1932 roku w Uluczu. Wtedy jeszcze Ulucz był Uluczem i nikt nawet nie pomyślał, że wkrótce nazwa Ulucza zniknie z mapy. Po spaleniu i przesiedleniu ludność z Ulucza rozjechała się po całym świecie. W mojej pamięci Ulucz pozostaje takim, jak kiedyś był: z cerkwią na Dubnyku ze sławnymi osobami urodzonymi w Uluczu: Mychajłom Werbyckym i Iwanom Mohylnyckym oraz z niektórymi nazwiskami dawnych mieszkańców Ulucza.

1

Chciałbym w tym pamiętniku powołać się wspomnienia P. Kłysz-Charydczak w: Dobra knyżka wydana w Toronto Ontario-Canada. Kalendarz 1964-8 i za autorką podać nazwiska mieszkańców Ulucza, patriotycznej ukraińskiej wsi, która w chwili obecnej zniknęła z obszaru ziemskiego.

2

Niech pokolenie, które przyjdzie po nas dowie się, że na tej ziemi mieszkali ich przodkowie, którzy kochali tę ziemię i bronili jej do końca OTO ONI:

Baran, Badyra, Badyrka Bodnar, Baranyk Bałka, Werbyckyj Własewicz, Warśkij Wowk, Wójcik, Hondzio , Hatała, Hołowka, Husak, Drobit, Dorockyj, Dobriańśkyj, Dziubakiewicz, Dik, Dziadyk, Iwanyckyj, Kłysz, Kibała, Krajnyk, Kohut, Kreko, Kułyk, Kostewycz, Kotianśkyj, Kłym, Kocyła, Kocan, Kłaczanyj, Kosteckyj, Kowalśkyj, Kłaczyk, Panykiwśkyj, Łewkowycz, Łewyckyj , Morajko, Maksymiw, Michno, Moskal, Milczanowśkyj, Mucha, Okriak, Poliwka, Polanśkyj , Panczyszyn, Petruszczak , Petryszyn, Prohorowicz, Podolak, Pawłowśkyj, Pufkyj, Sołtykiewycz, Sołeckyj, Serednyckyj, Sosnyckyj, Słabyj, Strus, Tchir, Tracz, Fik, Charydczak, Cholawka, Choma, Chuchra, Cykłynśkyj, Czarneckyj, Czebeniak, Szul, Szlachtycz, Szczurko, Juchnyk, Jawirnyckyj, Jałynyśkyj, Gulaczok, Gbur, Ruckyj.

Nie zapomniany Ulucz, piękny ,otoczony lasami i górami, okrążony dolinami, które od wschodu i zachodu zamyka podkową błękitny San. Tętnił kiedyś Ulucz pełnią życia i była to duża i zamożna wieś. Ulucz znany był od czasów Rusi Kijowskiej, położony jest na prawobrzeżnym Sanie na długości ponad 10km. Wieś składała się z następujących części:

Centrum wsi był Kut, pod Dubnikiem w kierunku wsi Dobra. Od Kuta aż do lasu była Borownica i rzeka Borownica, nie zważając na to, że dalej była polska wieś o tej samej nazwie. Od Kuta aż do Dobrej Szlacheckiej były Krajniki. Zaraz za pańskim ogrodem w kierunku na Krajniki były Łykowiata-około od 10- 15 chat. W drugą stronę, od Kuta po Groszówkę był Dolisznyj koniec wsi, gdzie stała nasza Cerkiew. Były też Pasiki na górze między Uluczem i Borownicą. Po drugiej stronie gromadzkiego lasu też na górze był Czertiż i kilka chat od Borownicy. W Uluczu pola też miały swoją nazwę Nad Sanem były błonie. To była równina wzdłuż Sanu, co przylegała od Dobrej aż po Siedliska i dalej. Była to najbardziej urodzajna ziemia. Gorsza ziemia była po drugiej stronie drogi na pagórkach i górach, jak wspomiane już Pasieki i Czertiż. Był w Uluczu i las. Jadąc z Ulucza do Borownicy, to po prawej stronie był las gromadzki, a po lewej pański. We wsi mieszkały trzy narodowości Wszystko we wsi układało się według wiary. Rzymsko – katolicy byli Polakami, Greko – katolicy Ukraińcami. Wiara Mojżeszowa to byli Żydzi .Wszyscy we wsi rozmawiali po ukraińsku, bo wieś była ukraińska  Polakami w Uluczu byli; Mikołaj Polański, który był sołtysem. Jan Polański – mój dziadek i jego synowie (Wasyl, Teodor, Mikołaj, Władysław i Andrzej), Krowiak, Edward Filip, Milczanowski. Większośc wymienionych chodziła do kościoła w Borownicy. Wszyscy mieli żony Ukrainki i rozmawiali po ukraińsku. Bracia ich żon służyli w U.P.A. Brat mojej ciotki służył w U.P.A. w sotni <Hromenka.>. Moimi sąsiadami były też rodziny żydowskie, takie jak: Mechla, która piekła bardzo smaczne bułki. Jankiel był fryzjerem. Cwireń był dzierżawcą tartaku. Haskel zajmował się handlem. Boruch miał karczmę. Najbogatszy Żyd który nazywał się Hyrszko mieszkał na Krajnikach. Mój ojciec jak budował tartak pożyczał od niego pieniądze na budowę. Żydzi wybudowali w centrum wsi własną Synagogę. Wszystkie narodowości do wybuchu drugiej wojny światowej żyły ze sobą w zgodzie i nie było żadnych antagonizmów między ludźmi. Wiś Ulucz była duża i stara (w starych aktach spotykamy nazwę Ułycz albo Ulicz) i sięga czasów Rusi Kijowskiej. We wsi stał potężny pański dwór z dużymi budynkami gospodarczymi, pozostałościami okresu pańszczyźnianego. Słyszałem o ruskich bojarach i o klasztorze . Na Dębniku pozostały ślady murów i fosy, z których bronili się ludzie razem z zakonnikami przed Tatarami. Uludzka szlachta też miała wyryty schron pod górą Dębnik, który do dnia dzisiejszego nie został odkryty. Słyszałem i czytałem historię o trzech braciach z Ulucza: Jurij, Zenko i Dmytro, którzy służyli w ruskim wojsku i brali udział w bitwie pod Grunwaldem. Król Władysław Jagieło miał ich odwiedzić w Uluczu, przy okazji był w Mrzygłodzie. Za waleczność obronie króla otrzymali ziemię w pobliżu Ulucza. Na tej ziemi powstała wieś Dobra -Szlachecka.

3

 

Początki konfliktu polsko -ukraińskiego w okresie międzywojennym

W 1914 roku wybuchła niespodziewanie wojna. Mój ojciec miał wówczas 10 lat, a jego bracia Wasyl i Iwan zostali powołani do wojska. Po zakończeniu wojny powrócili do domu. Na wojnę z Ulucza odeszło około 150 mężczyzn. Po latach okazało się co przyniosła ludziom z Ulucza: 30 zabitych, 20 rannych, 150 zabranych do rosyjskiej niewoli. Mieszkańcy Ulucza, wsi, w 90% narodowości ukraińskiej, do początku xx wieku byli mało świadomi swojej tożsamości narodowej. Dopiero autonomia, dana przez władzę austrowęgierską oraz literatura Tarasa Szewczenki spowodowała że Rusini galicyjscy zaczęli się utożsamiać z narodem ukraińskim. Założono ogólnonarodową organizację „Proświtę „ która budziła ducha narodowego. „Proświta ” organizowała Domy Ludowe, czytelnie, kółka rolnicze, kasy pożyczkowe, organizacje młodzieżowe i wydawała czasopisma kulturalno – oświatowe. Dzięki „Proświcie” naród ruski uświadomił sobie że jest narodem ukraińskim. Czytelnia „Proświty” powstała w Uluczu. Natomiast młodzież była skupiona w organizacji „Sokoły”.

4

 W tym samym czasie powstała organizacja o charakterze moskofilskim , której celem było przyłączenie wschodniej Galicji do Rosji. Jesienią 1914roku do Ulucza wkraczają wojska rosyjskie, uważające się za wyzwolicieli ludu ruskiego z jarzma austriackiego. Do stacji Sanok przychodziły transporty z żywnością dla ludności cywilnej. Ludność jedzie na stację po żywność. Wojsko rosyjskie jest dobrze zaopatrzone w żywność. Rosjanie wydają po 50 kg cukru, mąki, kaszy, kuchnie gotują mięso i kaszę. Z tych kuchni korzystała ludność cywilna. W 1915roku Rosjanie zostali pobici. Powracali w nieładzie i pojedynczo. Według opowiadań moich stryjków to Rosjanie, którzy powracali przez Ulucz zostali okrążeni i pobici. Uluczu w ogrodach dworskich Prusacy okrążyli oddział kozaków i tam ich wycięli do nogi. Po wojnie działacze „Proświty” z Ulucza, chcąc połączenia z Republiką Ukraińską, która powstała na wschodzie Galicji, utworzyli ukraińską władzę terenową. Granica pomiędzy Republiką Ukraińską przebiegała od Przemyśla przez Dobromyl, Chyrów. Według przekazu mego ojca Michała Cz. w roku 1919 do Ulucza przyjechał oddział polskich żołnierzy i wtedy władza terenowa dała znać do okolicznych wiosek i poprosiła o pomoc w likwidacji polskiego oddziału. Natychmiast ruszyli na pomoc mieszkańcy wsi Brzeżawy, Lipy, Dobrej, którzy przynieśli broń palną i narzędzia gospodarcze i razem z Uluczanami zaczęli wzywać żołnierzy do poddania się i w tej walce zginął z Ulucza Charydczak i z Dobrej Sroka. Po pobiciu Ukraińców, rozpoczęły się aresztowania przywódców i działaczy ukraińskich. Od tego czasu Uluczu zaprowadzono władzę polską i nastał spokój między Polakami i Ukraińcami. Zakazano jednak działalności „Proświta,, Zaczęto sprowadzać polską prasę i czasopisma. Sprowadzano Polaków z centralnej Polski. Założono Straż Pożarną, Związek Strzelecki i Posterunek Policji. Organizatorami byli polski nauczyciel Dąbrowski i leśniczy Zachariusz. Powstała dwujęzyczna Szkoła Podstawowa. Władze polskie w ten sposób przeciwstawiały się ruchowi ukraińskiemu. W 1933 roku wznowiono działalność „Proświty „ u jednego z gospodarzy Poliwki założono czytelnię. W cerkwi zorganizowano chór o zabarwieniu patriotycznym. Założycielem był syn księdza grekokatolickiego Roman Sołtykiewicz Założono zespół artystyczny który występował w Uluczu i w okolicznych wsiach. Założono trzy mleczarnie ukraińskie. Młodzież i starsi ubierali się w stroje ukraińskie.
Powstawały masowo nowe patriotyczne piosenki i kolędy ukraińskie. Młodzież kosztem ciężkiej pracy pobudowała stadion sportowy. Rozpoczęto starania 0  zdobycie placu pod budowę Domu Ludowego. Władza polska nieprzychylnym i utrudniała zdobycie takiego placu. Według przekazu mojego ojca Michała Cz. ludność z Ulucza za własne pieniądze kupiła od jednego gospodarza kawałek gruntu na zboczu góry Dębnik. Ludzie natychmiast przystąpili do pracy, zwieźli materiały budowlane, a władza w dalszym ciągu nie dawała zezwolenia na budowę. Przygotowany plac i materiały budowlane zastał wybuch drugiej wojny światowej. O narastających konfliktach polsko – ukraińskich w okresie międzywojennym pisał Władysław Zielecki w dwumiesięczniku Bunt młodych duchem w artykule – Zapis pamięci cześć druga.

5

 Pałac w pańskim ogrodzie

Na uwagę w Uluczu zasługiwał Pałac w pańskim ogrodzie, który stał w centrum wsi (Kut). Prowadziła do niego aleja obsadzona drzewami. Pałac był koloru białego i był murowany. Obok był staw. Wkoło niego stały murowane

gospodarcze budynki. W czasie Rusi Kijowskiej właścicielami pałacowych dóbr byli bojarzy (Szlachta), a kiedy Ruś zagarnął Król Polski Kazimierz Wielki to wówczas Pałac zagarnęła polska szlachta. Pałac przetrwał aż do 1940 roku. Kiedy w 1939 roku do Ulucza przyszła władza radziecka to w Pałacu zakwaterowała się pohranzastawa – W .O .P. W stajniach trzymali konie. Jak w 1941 roku przyszli Niemcy to w Pałacu utworzyli ligenszaft, czyli majątek państwowy. Księgowym w tym Pałacu był Mykytyn, który pochodził z Ukrainy. Pałacu nikt wtedy nie ochraniał. Ludzie przychodzili do pracy w tym majątku i uprawiali pola błoniach i sadzili rośliny koksagin, z której Niemcy wyrabiali gumę. Ja również z kolegami ze szkoły pomagaliśmy w uprawie. Kiedy Niemcy odeszli z Ulucza i poszli na front wtedy ludzie rozszabrowali majątek, wynieśli dosłownie wszystko, do igły i do ostatniej cegły z murów. Pamiętam jak ściągał krokwie ze stodoły Fedor Jawirnyckyj i upadł tak chłopisko na ziemię, że ledwie go odratowali. Byłem chrzczony w 1932 roku. Chrzcił mnie proboszcz Orest Sołtykewycz  w nowej Cerkwi p.w. św. Mikołaja w Dołow, która była pobudowana w 1925 roku. Jednym z fundatorów był Uluczanin w Ameryce. Po spaleniu wsi i po Akcji Wisła cerkiew rozebrali mieszkańcy za Sanu z Witryłowa i Tymeszowa. Z materiałów z rozbiórki pobudowali stajnie. Plebania wraz z budynkami gospodarczymi stała w pobliżu Cerkwi. Proboszcz miał pole (błonie), krowy, świnie i konie. Proboszcz zatrudniał swoich parafian do pracy Kiedy przyszli do nas sowieci gospodarstwo proboszcza zajęli i utworzyli bazę kołchozu. Ksiądz wraz z rodziną i synem Romanem przez most w Przemyślu przeszli na stronę niemiecką. Wrócili do Ulucza jak Niemcy napadli na Związek Radziecki, Proboszcz Orest S. zmarł w Uluczu i został pochowany koło Cerkwi na Dębniku. Z Dzieciństwa w mojej pamięci pozostał Dębnik. Nasz dom stał niedaleko od tej góry. Pamiętam jak w czasie zimy zjeżdżałem z góry na nartach własnej roboty, a latem bawiliśmy się z chłopakami w wojnę i co roku na kupały paliliśmy sobótki (były to stosy suszonych jałowców, ułożonych na krokwiach kijów).

6

 

Cerkwie

W mojej pamięci pozostała Cerkiew na Dębniku pw. Wniebowstąpienia Pańskiego. Jest to najstarsza Cerkiew w Polsce. Początkowo Cerkiew wchodziła w skład Monastyru bazyliańskiego. Otoczona była dwoma pierścieniami murów obronnych o nieregularnych kształtach. W linii murów znajdowały się trzy bramy wejściowe z dwoma wieżami. Nad bramami znajdowały się dzwonnice. Cerkiew była zbudowana z grubego drzewa modrzewiowego, w stylu bojkowskim. Rozmiarami była niewielka, z trzema Prestonami (stół do modlitwy) i ikonostasem, który był zbiorem cennych

malowideł olejnych na drzewie . Ikonostas czyli ołtarz namalowali Bazylianie w 1683 roku.

7

Prowadzili też szkołę rzeźbiarską i pisania ikon. Malowali i pisali ikony i ikonostasy dla potrzeb sąsiednich parafii. Parafianie przynosili do cerkwi i składali przy ikonostasie swoje kosztowności. Moja mama Anna Polańska, która pracowała we Lwowie przyniosła porcelanowego słonia. Pamiętam jak podczas wielkanocnych świąt ludzie nosili na plecach paski do święcenia, a ja z kolegami na dzwonnicy kołataliśmy. Na Wielkanoc każdy z nas przygotował własnoręcznie przyrząd do strzelania. Tradycją naszej wsi były odpusty w dniu święta Wniebowstąpienia Pańskiego czyli inaczej zielonych świątek. W tym dniu zjeżdżali do Ulucza pielgrzymi z Przemyśla, Sanoka i Brzozowa. Przyjeżdżali wówczas kramarze z różnych okolic i przywozili przeróżne towary na sprzedaż. Byłem również uczestnikiem tych uroczystości. Pamiętam też że podczas jednych uroczystości odpustowych ojciec kupił mi organki do grania. Kiedy wracałem do domu spotkałem chłopaków z Borownicy, którzy też powracali do domu po odpuście. Jeden z chłopaków powiada, daj mi zagrać? dałem mu organki a on wziął i uciekł. Poszedłem z płaczem do domu a ojciec powiedział że jutro pojedziemy do Borownicy i znajdziemy tego chłopaka i tak się stało. Ojciec znał ludzi z Borownicy i zapytał ich, którzy to chłopaki wracali z odpustu? Znajomi ludzie wskazali na dom, w którym mieszkał chłopak i w ten sposób wracałem do domu grając na organkach. Przed drugą wojną światową cerkiew była w dobrym stanie i służyła wiernym aż do Akcji Wisły. Cerkiew zaczęła podupadać jak już tubylców nie było, a przybysze tylko rujnowali. Zlikwidowali dzwonnicę, cześć murów, pomników, nagrobków i krzyż. Cerkiew zawdzięcza swoje dalsze istnienie mojej ciotce Marii Polańskiej, z domu Kułyk, która opiekowała się cerkwią po Akcji Wisła i w tej sprawie wielokrotnie interweniowała do Muzeum w Sanoku. Dzięki tej interwencji częściowo odremontowano cerkiew, a pozostałości ikonostasu i ikony zabrano do Muzeum w Sanoku. W mojej pamięci pozostało uroczyste święcenie wody w święto Jordanii. Uroczystości święcenia wody odbywało się pod górą Dębnik na rzece Borownica w centrum wioski Kut, ponieważ do Sanu było dwa kilometry. Przy cerkwi na Dębniku był cmentarz. Za mego dzieciństwa był zadbany. Stały tam krzyże drewniane, betonowe i nagrobki. W czasie PRL-u, kiedy już nie było ludności ukraińskiej w Uluczu pojechał w odwiedziny do swojej wsi Wasyl Cz.

Po powrocie spotkał się zemną i opowiadał że widział na podwórzu u Edka Pilipa pod płotem dębowy krzyż śp. Lewkowicza. Na pytanie Wasyla Cz. co ten krzyż tu robi? Otrzymał odpowiedz od niego „To będzie dobre drzewo na dyszel do kopaczki” Na drugi rok pojechałem autem na wycieczkę do Ulucza. Poszedłem sprawdzić czy to co mówił Wasyl Cz. jest prawdą. Edek zobaczył jak wchodzę na podwórze i wyszedł z domu na spotkanie. Rzeczywiście krzyż leżał na podwórzu. Spytałem go co robi na podwórzu krzyż? Edek odpowiedział, że wziął go do konserwacji i, że ma klucze od cerkwi, bo jest stróżem. Nie zdążył go zakonserwować bo wkrótce zmarł. Po jego śmierci żona wynajęła traktor i krzyż odwiozła z powrotem na cmentarz i stoi tam do dnia dzisiejszego .

Według opowiadania ludzi to ten człowiek, który zrywał blachę z cerkwi, też wkrótce zmarł. W 1938 roku w Uluczu na górze Dębnik w pobliżu cerkwi młodzież ulucka zorganizowała w towarzystwie „Proświta” wysypała strzelecką mogiłę, na której postanowiła postawić drewniany krzyż, dla uczczenia dwudziestej Rocznicy powstania ZUNR i Siczowych Striłcw poległych w walce z Polakami. Symbolem miał być krzyż na wysypanej mogile Dzień przed świętem krzyż był już gotowy do postawienia, ale ze względu, że w pobliżu stała polska policja krzyż zostawiono pod górą. W dniu Wniebowstąpienia Pańskiego młodzież wniosła krzyż na górę i postawiła go na wysypanej mogile w pobliżu cerkwi. Na drugi dzień krzyż został ścięty przez nieznanych sprawców. Tym razem krzyż również został ścięty, a mogiła rozsypana. Rozpoczęło się śledztwo w sprawie krzyża, pytano kto był organizatorem wstawienia krzyża? Wezwano wówczas na przesłuchanie Romana S, Aleksandra S, Wołodymira P i Polaka ożenionego z Ukrainką Józefa

M. Dwóch niepokornych Ukraińców zesłano wówczas do Berezy Kartuskiej, nawet Polaka Józefa M., który pomagał przy wnoszeniu i ustawianiu krzyża skazano i odesłano do więzienia w Sanoku. Szkołę Podstawową rozpocząłem w 1940 roku. Była wtedy bardzo mroźna zima. Mróz dochodził do – 40 stopni. Śnieg spadł po kolana niebo było czyste i słoneczne Uzbecy wozami wozili z lasu kloce na bunkry. Gazety radzieckie pisały o wojnie fińsko- radzieckiej. Pamiętam wiersz z tego okresu „ Naszi tanki dobre chodiat, po wodi i po Zemli, Ce tankisty mołodi„ Uczyłem się z elementarza (bukwara), w którym na pierwszej stronie był Lenin, a na drugiej Stalin. Podkładałem pod te zdjęcia czystą kartkę i po nich ołówkiem kreśliłem kontury tych zdjęć, aby później namalować portrety tych wielkich ludzi. W związku z tym te zdjęcia w elementarzu były mocno zniszczone Pewnego dnia do naszego domu przyszło dwóch panów z NKWD-e i zobaczyli te zniszczenia i od razu zapytali ojca kto to zrobił? Ojciec pokazał na mnie, a ja wtedy leżałem w łóżku. Panowie z NKWD – de odpowiedzieli ojcu, że ma szczęście, że to zrobił „Malczyk” gdyż nie wiadomo jaki by los spotkał rodzinę. Dyrektorem szkoły był przed wojną Michał Doda, niewiadomego pochodzenia, a nauczycielem był Marko Pietruszczak rodem z Ulucza, którego Niemcy chcieli wziąć do SS – Galicja, a on się ukrył i nie poszedł. Ale już w 1941 roku szkoła była inna. Dyrektorem wtedy był Josyf Jenkała rodem z ŁEMKOWSZCZYZNY. Językiem wykładowym był język ukraiński, a dodatkowy był język niemiecki, którego uczył Josyf J. Pamiętam piosenkę z tego okresu „hojte gehen wir szpaciren” Josyf J. Grał na skrzypcach a my uczniowie śpiewaliśmy. Uczył nas również piosenek ukraińskich „Czom, czom zemłe moja, ty luba, ty meni „ Po 1943 roku szkoły już nie było. Nie wiem czy skończyłem nawet trzecią klasę. W czasie okupacji niemieckiej nauczycielem był nadal Marko P. Pewnego dnia przyszła po niego polska granatowa policja z Niemcem, aby go aresztować, dlatego, że nie poszedł do wojska. Była wtedy akurat przerwa lekcyjna. Marko P. był wtedy na balkonie, i gdy zobaczył policję z Niemcem, skoczył z balkonu, wsiadł na rower i uciekł. Rozgniewany Niemiec pięściami wygrażał dyrektorowi, pytając gdzie się podział nauczyciel Marko P. nie wstąpił również w szeregi UPA, a nawet się ukrywał przed pójściem do UPA. Po Akcji Wisła prawdopodobnie był urzędnikiem państwowym w województwie szczecińskim. Ojciec często opowiadał mi o dawnej szkole. W roku 1920 do naszej szkoły w Uluczu przyszła do pracy w szkole polska nauczycielka, która nie znała języka ukraińskiego. Pewnego razu poleciła uczniom, aby narąbali i przynieśli drzewa do pieca. W dowód wdzięczności jednemu z uczniów dała drobne monety, a on nie podziękował. Wówczas nauczycielka powiedziała, podziękuj mi za te pieniądze! Uczeń wziął te pieniądze w garść stukając o kolano i mówił „dzień ,dzień ,dzień” bo nie rozumiał co znaczy słowo dziękować. On znał tylko słowo „diakuju”.

Ród i rodzina

Przodkowie mojej rodziny po linii ojca pochodzili ze wsi Kińskie, za Sanu. Jeden z moich przodków za czasów austriackich był profesorem w gimnazjum w Przemyślu. Na Kruhelu kupił sobie gospodarstwo. Miał trzy córki i syna Oresta. Mieszkał tam w środowisku polskim. Dla niego było to tak, jakby się znalazł wśród wilków. Syn się nie ożenił i umarł. Jedna z córek wyszła zamąż za greko – katolickiego księdza i po pierwszej wojnie wyjechała na Ukrainę. Druga córka wyszła za mąż za austriackiego oficera, Czecha i po wojnie wyjechała z nim do Czech i tam zakończyła życie. Najmłodsza córka, Kasia pozostała panną do końca życia. Razem z ojcem odwiedzaliśmy ją na Kruhelu, gdzie mieszkała sama. Chciała nam zapisać swój majątek. My wtedy byliśmy na zachodzie w powiecie Susz i nie mieliśmy wtedy z nią dobrego kontaktu. Przed śmiercią przepisała swój majątek jednej Polce i razem z nią zamieszkała i tam umarła. W Uluczu ludzie zapamiętali przybysza z Końskiego Czebieniaka Piotra. Dlatego nazywali nas w Uluczu kiszczanynami. Ludzie

mówili, ja idę do kiszczanyna. Konkretnie do Ulucza przybył z Końskiego Piotr Cz. Ludzie z Ulucza poswatali Piotra Cz z końskiego z młodą wdową Pelagią Sołecką, która miała majątek w postaci pola i młyna wodnego. W ten sposób Piotr Cz stał się mieszkańcem wsi Ulucza Pelagia i Piotr mieli ośmioro dzieci. Najstarszy był Mikołaj, który przed pierwszą wojną wyjechał do Ameryki. Czebieniak Wasyl i Jan służyli w austriackim wojsku i brali udział w pierwszej wojnie światowej.

8

Na zdjęciu z prawej strony rodzony brat ojca Mikołaj Czebieniak z żoną i synem. Wyjechał do USA w 1920 r.

Najmłodszym synem Pelagii i Piotra był mój ojciec Michał Czebieniak(urodzony w 1904 roku). Moja babcia Pelagia pozostawiła najmłodszego syna przy sobie i przepisała mu całe gospodarstwo. W Ten sposób mój ojciec odziedziczył młyn. Mój ojciec był rozumny, oczytany i pracowity. Z czasów kawalerskich pracował w tartakach w Radymnie i w Sanoku i dlatego sam pomyślał o budowie tartaku. Jeszcze przed drugą wojną światową postawił tartak przy młynie w Uluczu.

9

Ojciec autora książki – Michał

Budowniczym tartaku był majster Niemiec o nazwisku Mejer. Budując tartak odnowił jednocześnie stary młyn, który stał na rzece Borownica. Woda z tej, gromadzona w stawie wodnym napędzała młyn i tartak. Przy średnim poziomie wody pracował młyn, albo tartaku. W tartaku rżnęli kloce na deski, a nawet była maszyna do robienia gonty. W młynie były maszyny do robienia mąki, kaszy i pęczaku. Mama moja Anna Polańska była córką Jana Polańskiego i Marii Charydczak. Rodzina ich składała się z dwóch synów: Teodora i Wasyla i córki Anny. Ojciec mojej matki był Polakiem, a matka Ukrainką. Synowie byli chrzczeni w kościele, a córka w cerkwi. Jan Polański niezadługo stał się wdowcem i ożenił się po raz drugi również z Ukrainką. Z drugiego małżeństwa urodziło się trzech synów i dwie córki. Moja matka pozostała pod opieką macochy i pomagała w wychowaniu następnego potomstwa ojca. Kiedy matka pomogła już odchowaniu dzieci z drugiego małżeństwa, pozwolono jej wtedy na wyjazd do pracy we Lwowie. Babcia Pelagia Cz. oglądała się za synową i w tej sprawie dogadała się z Janem P, aby jej syn Michał poślubił Annę Polańską. Jan P. propozycję przyjął i sprowadził córkę Annę ze Lwowa i stanowczo polecił poślubić mego ojca Michała. Bracia mojej mamy chodzili do kościoła. Synowie Wasyl i Teodor zostali rzymsko – katolikami, a matka grekokatoliczką. Polacy tym różnili się od Ukraińców, że chodzili nie do cerkwi a do kościoła. Jan Polański chodził do kościoła, aż do Borownicy. Teodor brat mamy był w wojsku polskim i brał udział razem z Piłsudskim i Petlurą w wyprawie na Kijów w 1920 roku. Wszystko układało się dobrze w Uluczu do czasu przyjścia Moskali. Ojciec dobrze wiedział czym pachną bolszewicy, bo czytał dużo i rozumiał co się dzieje na świecie. Byli w Uluczu ludzie biedni, którzy mówili oho! „żeby mu się skończyło! pójdzie na Sybir”, to nie była złość to była zazdrość.

10

Rodzina Czebieniaków. Na rkach rodziców Zofia i Stefan
Matka Anna z dziemi. Na rkach córka Maria, po lewej stronie córka Zofia i po prawej stronie syn Stefan
Rodzina Czebieniaków, ojciec i matka i dzieci Stefan, Zofia i Maria

Rozdział II


Druga wojna światowa. Okupacja Niemiecka i Radziecka

Okupacja niemiecka. Pamiętam jak uciekinierzy maszerowali na wschód w kierunku Przemyśla. Pogoda była słoneczna. Niezadługo pokazali się żołnierze niemieccy. Poruszali się samochodami, motocyklami, rowerami i na koniach. Za Uluczem w lasach na drodze do Borownicy Niemców zaatakował polski oddział wojskowy. W wyniku tego został spalony niemiecki samochód ciężarowy i motocykl. Później przez rok czasu rozbierałem te pojazdy, ściągałem koła i dętki z czerwonej gumy i robiłem proce do strzelania. Pamiętam jak pewnego dnia jeden z Niemców na koniu zatrzymał się na naszym podwórzu i coś chciał otrzymać od matki, bo mówił apel. Mama nie rozumiała o co mu chodzi i pokazywała mu chleb, mleko, wodę, a w końcu wyjęła z kieszeni jabłko i dopiero wtedy gestem ręki i kiwnięciem głowy powiedział dobrze. Po przejściu Niemców zapanował oczekiwany spokój, aż tutaj nagle z Borownicy przyjechał ciężarowy samochód z Niemcami. Na przyczepie tego samochodu stał karabin maszynowy. Raptem Niemcy zeskoczyli z samochodu i rozbiegli się po domach, wyprowadzając z domów wszystkich mężczyzn, między innymi i mego ojca. Ustawili ich w szeregu wzdłuż rowu pod lufą karabinu maszynowego. Sami zaś pobiegli do wsi z tłumaczem polskim oficerem i polecili ludziom, aby znieśli wszystkie pozostałości po Wojsku Polskim. Ludzie znieśli to wszystko co zebrali i położyli niedaleko samochodu. Całe szczęście w nieszczęściu, że znalazł się w tym czasie we wsi były nauczyciel Piotr Dorocki i syn księdza Roman, którzy znali język niemiecki i wytłumaczyli Niemcom, że tutaj znajduje się wieś ukraińska Ulucz, a Borownica jest polską wsią. Wtedy to co ludzie znieśli Niemcy spalili. Wszystkich mężczyzn z szeregu zwolnili, a sami odjechali do Borownicy. Nie było już później żadnej rewizji jak zapowiadali na początku. Gdyby Piotr D. i syn księdza Roman nie wyjaśnili Niemcom, że to nie Borownica, a Ulucz to Niemcy by rozstrzelali by tych niewinnych ludzi. Jak pamiętam żołnierzy Wermachtu z 1939 roku to byli elegancko umundurowani i mieli pod dostatkiem żywności. Pewnego dnia Niemcy zakwaterowali w ogrodzie naszego domu i zaczęli przygotowania do obiadu. Jeden z Niemców otworzył litrową puszkę mięsną. Zapach z tej puszki dotarł do mnie i patrzyłem jak żołnierz zajadał z tej puszki mięso. Niemiec zauważył jak mu się przyglądałem i po pewnym czasie podszedł do mnie i dał mi pół puszki konserwy. Smak tej konserwy do dzisiaj mnie prześladuje. Pod koniec września 1939 roku do Ulucza przyjechał samochód ciężarowy z oficerami niemieckimi. Oficerowie niemieccy zażądali, aby policja ukraińska oddała wszelką broń włącznie z amunicją. Następnie zarządzili, aby Uluczanie oddali konie wojskowe, wszystkie łódki, promy i liny do nich. Po dokonaniu tego zwołali zebranie mieszkańców wsi i wówczas ogłosili, że od tego dnia San jest granicą pomiędzy Niemcami, a Związkiem Radzieckim i że nie wolno przechodzić na drugi brzeg Sanu, ponieważ tam stoi straż graniczna. Powiedzieli też, że do Ulucza przyjadą Rosjanie. Niemcy się pożegnali i odjechali za San. Ludzie czuli się oszukani ponieważ nie chcieli władzy radzieckiej po tym co zrobili z Ukrainą na wschodzie. Chcę jeszcze powrócić do tego, że oprócz młyna i tartaku ojciec posiadał ziemię przy domu i na górze Pasieki. Nie pamiętam ile było hektarów. Koło domu był duży ogród, w którym znajdował się staw wodny, jako zbiornik wodny na młyn i tartak. Mój ojciec zajmował się młynem i tartakiem.

Okupacja sowiecka Rządy radzieckie w Uluczu

Wywózki na wschód, w wielkim napięciu ludzie oczekiwali na przybycie władzy radzieckiej do Ulucza. Około 10 października do wsi od strony Borownicy przyjechał oddział konnicy rosyjskiej z dowódcą na czele. Ludzie otoczyli oddział i zaczęli pytać czy będzie Ukraina. Dowódca odpowiedział, że będzie, ale radziecka. Ludzie pytali o pracę, zarobki, kołchozy, cerkwie, ceny na towary i zadawali jeszcze wiele innych pytań. Oficer na koniu odpowiadał na pytania i powiedział też, że pola, lasy, fabryki i kopalnie będą należały do ludu pracującego. Ogólnie oficer wychwalał władzę radziecką i mówił o wielkim dobrobycie w ZSRR, ludziom w Uluczu nie bardzo się ta nowa władza podobała. Wojsko było licho ubrane, buty mieli stare prawie rozlatujące się. Wojsko chodziło po wsi za chlebem, tłumacząc się, że kuchnia jeszcze nie dojechała. Na początku granicę obsadziły zwykłe oddziały wojskowe i wtedy jeszcze przez granicę można było swobodnie przekroczyć. Z Początkiem grudnia 1939 roku oddziały wojskowe zostały zastąpione przez Straż Graniczną, która wprowadziła ostry reżim przy przekraczaniu granicy. W Pańskim Pałacu dworskim powstała Komenda Straży granicznej, która zakazywała zbliżania się do rzeki San Strażnicy z psami i z ukrycia zasiadali w niewidocznym miejscu i obserwowali swój rejon. W razie, gdy zauważyli, że ktoś zbliża się do granicy, to puszczali psy, które atakowały ofiarę. Jeżeli ktoś decydował się na przekroczenie granicy i został okaleczony to natychmiast odsyłano go na komendę, z której już nie wracał. Pograniczników nie dało się przekupić, byli to ludzie bezwzględni. W tym czasie Ulucz przyłączono do powiatu Bircza, a województwem było miasto Drohobycz. W czasie pobytu oddziałów wojskowych Żydzi otworzyli swoje sklepy, z których znikały towary wykupione przez żołnierzy. Władze wiejskie w Uluczu rozdzieliły pola dworskie trochę bydła pomiędzy biedaków. Do Ulucza pierwszy raz przyjechało kino. Jesienią 1939  roku do Ulucza przyjechała grupa Niemców, aby wspólnie z Rosjanami ustalić granicę niemiecko – radziecką na Sanie. Łódką popłynęli na San i wykopali słupy graniczne po jednej i drugiej stronie Sanu. Następnie na dworze pańskim odbywało się wielkie przyjęcie Niemców i Rosjan. W tym samym czasie do Ulucza przyjechała inna grupa Niemców samochodami ciężarowymi i rozpoczęli ekshumację żołnierzy niemieckich poległych w walkach w Borownicy. Okres zimy 1939 – 40 przeszedł na przygotowaniach do wyborów do rad terenowych i wyższych. Specjalni politrucy zwoływali w Uluczu zebrania, przedstawiając ustrój społeczno – polityczny ZSRR i wybierano kandydatów do rad wiejskich, powiatowych i wojewódzkich. Kandydatów do rad wiejskich wybierano przeważnie z biedoty, zaś do rad wyższego szczebla wybierano działaczy komunistycznych. Zaczęły się pierwsze wywózki na Sybir, ale z Ulucza nikogo nie wywieziono. Pewni siebie byli w tym czasie tylko biedacy. Ludziom z Ulucza coraz bardziej nie podobała się władza radziecka, ponieważ wulgarnie krytykowała religię, księży, cerkiew, a w wielki post urządzono zabawę taneczną. Władza radziecka była w Uluczu od 10 października 1939 roku do 22 czerwca 1941 roku. W dniu 8 kwietnia 1940  roku władza wojskowa ogłosiła, że wszyscy mieszkańcy Ulucza mają się zgłosić na mityng przed budynkiem kancelarii i ogłosiła, że wyszło zarządzenie, aby teren 800 metrów od brzegu Sanu był oczyszczony z zabudowań. Miał to być pas graniczny. W ten sposób 35 gospodarzy wyznaczonych do przesiedlenia na wschód, a 60 zostało wyznaczonych do przeniesienia swoich domów. Życie w naszej wsi zupełnie zamarło gdy przyszli do nas Moskale bo tak ich u nas nazywano. Od razu powołali władzę wiejską, do której weszli: Polak Michał Bachorski, Ukrainiec Michał Mnich i Żyd Haskiel. Była to „Selrada”. W Pańskim ogrodzie zakwaterowała się Pohranzastawa, bo na rzece San przebiegała granica pomiędzy Niemcami, a ZSRR. Władze selrady zaczęły organizować w Uluczu kołchoz. Ludzie protestowali i nie chcieli wstępować do kołchozu. Na znak protestu nawet kozie powiesili tabliczkę z napisem , ja biedna koza, chcą mnie wziąć do kołchozu,,. Ojciec przed wojną ten stary młyn przebudował i przy nim tartak pobudował. Nasza rodzina była zagrożona wywózką na Sybir. Ojciec był oczytany i wiedział, co władza radziecka zrobiła z narodem na Ukrainie. Na początku wojska radzieckie, które stały w Uluczu były jeszcze republikańskie i byli to Uzbecy, a tylko oficerowie byli Słowianami. Pewnego dnia ojciec zaprosił jednego lejtnanta rodem spod Kijowa do naszego domu i zapytał go. Co mam zrobić, aby mnie z rodziną nie wywieziono na Sybir? Na to lejtnant odpowiedział „Ty pierwszy zapisz się do kołchozu”. Ojciec tak i zrobił. Oddał młyn i tartak do kołchozu. Natychmiast kołchoźnicy zaczęli obsługiwać młyn i tartak. Ludzie we wsi z płaczem oddawali do kołchozu trzodę chlewną, bydło, konie, owce, kozy, dosłownie oddawali wszystko co kto miał. Centrum kołchozu znajdowało się u proboszcza na plebanii. Plebania była biurem kołchozowym, a budynki gospodarcze służyły jako baza kołchozu. Ludzie we wsi już niczego swego w domu nie mieli. Pamiętam jak pewnego dnia ojciec pojechał do Przemyśla, aby zawieść zapłatę za zmielone ziarno na mąkę, wtedy oddawał 10% ziarna do zakładów zbożowych w Przemyślu. Wtedy kupił butelkę rumu koloru wiśniowego. Po powrocie ojca dyskretnie wypiłem kieliszek tego rumu. Smaku tego rumu szukałem całe życie i już takiego nie spotkałem. Pewnego dnia w połowie 1940 roku przyszedł do naszego domu posłaniec z Selrady powiadomił ojca, że go wzywają, aby się stawił w Pohranzastawie (WOP) w Dobrej – Szlacheckiej. Ojciec temu młodemu posłańcowi odpowiedział: ”Synu tym panom, którzy ciebie tutaj przysłali powiedz, że ja nie pójdę bo jestem chory”. Matka ojcu ręcznikiem związała głowę i położyła w pokoju do łóżka pod pierzynę.

Z godzinę przyszli dwaj „apostołowie komunizmu”. Sekretarz partii Żyd Haskiel i Polak Michał Bachorski i od razu zapytali ojca co się stało, że nie przyszedł na spotkanie do Dobrej – Szlacheckiej? Ojciec odpowiedział, że jest chory, ma dreszcze i gorączkę. Chwilę postali, postękali nad ojcem i poszli z powrotem. Ojciec leżał w łóżku i musiał udawać chorego od 1940 roku do 22 czerwca 1941 roku. Natomiast kołchoźnicy całą dobę pilnowali domu, aby ojciec przypadkiem nie uciekł za San. Ojciec był wtedy młody miał 35 lat i musiał leżeć w łóżku, aby uniknąć wywózki na Sybir. Jeszcze w 1940 roku bolszewicy wywieźli z Krajników 35 rodzin z pasa granicznego nad Sanem i wywieźli ich za Lwów do Chodorowa. Dopiero w 1941 roku wszyscy powrócili do Ulucza. Jednak musieli pobudować nowe domy bo Moskale stare rozebrali. Pas graniczny musiał być czysty. 22-czerwca 1941 roku wojska rosyjskie na pograniczu opuściły wieś Ulucz i uciekając zastrzelili swoje psy. Odeszli w kierunku Przemyśla. Na drugi dzień przyszli Niemcy. Mój ojciec wreszcie mógł opuścić łóżko. Ojciec poszedł na Kut, a tam była kołchozowa knajpa i wtedy ojciec z radości wypił z chłopami wino i się upił i wtedy dopiero wrócił do domu chory. Wyżej wymienieni przedstawiciele Selrady ukrywali się przed Niemcami. Michał Bachorski uciekł do Lwowa, przeżył wojnę u rodziny. Następnie w ramach repatriacji powrócił do Polski, odnalazł żonę i zamieszkał w pobliżu Brzozowa. Haskiela zabrała granatowa policja z rodzinnego domu i wydała go Niemcom. W Brzozowie Niemcy go zastrzelili. Michał Mnich nie ukrywał się ,gdyż uznał ,że jest między swoimi ale granatowa policja z Dydni i jego zabrała, jak też innych zwolenników władzy radzieckiej. Zabrali Niemcy wtedy z Ulucza Wasyla Dziubakiewicza, Pawłowskiego z Krajników i wszyscy zakończyli życie w Oświęcimiu. Żywy powrócił tylko Pawłowski z Krajników.

Rządy Niemieckie w Uluczu

Po opuszczeniu Ulucza przez sowietów 22 czerwca 1941 roku do naszej wsi przyszli znowu Niemcy i zabrali wszystko co było na stanie kołchozu, a ludzie zostali bez chleba. Ludzie we wsi głodowali i całymi rodzinami z głodu umierali. W 1941 – 42 roku przychodziła z Dydni polska granatowa policja razem z Niemcami i aresztowała wszystkich komunistów, którzy popierali władzę radziecką. W 1943 roku granatowa policja z Dydni razem z Niemcami zabrali wszystkich Żydów z Ulucza i pognali ich w kierunku Borownica – Przemyśl. Strach było patrzeć, jak traktowali tych niewinnych ludzi. Bardzo im jako dziecko współczułem. Moja matka ostatni chleb wyniosła naszym żydowskim sąsiadom. Tartak i młyn był przez niemiecką zaaresztowany i nie wolno było, ani mielić zboża, ani piłować kloców. Rozpoczęła się łapanka i wywóz młodych ludzi na roboty do Niemiec. Niemcy również nakładali kontyngenty na zboża i mięso. Nie wolno było samemu bić trzody chlewnej, ani też bydła i w wypadku donosu czekała za to surowa kara. Dopiero teraz Niemcy pokazali swoje prawdziwe oblicze. Niemcy utworzyli we wsi posterunek Policji w tym samym miejscu, w którym był przed wojną. Na posterunku było dwóch Niemców i dwóch Ukraińców. Szkoła w Uluczu za czasów niemieckich również była czynna językiem wykładowym był język ukraiński i niemiecki. Dyrektorem szkoły w tym czasie był Josyf Jenkała, a nauczycielem Marko P. Areszt na młyn i tartak trwał do końca wojny. Złapanych mężczyzn przed wywózką do Niemiec trzymano na posterunku policji w areszcie, złapany i trzymany był w areszcie na posterunku policji w Uluczu brat mego ojca Andrzej Czebieniak, który pozostawił żonę z trójką dzieci. Jego żona Stanisława poszła na posterunek i dokonała zamianę siebie na męża i to ona pojechała do Niemiec do pracy. Przypominam sobie jak pewnego dnia Niemcy przyprowadzili na posterunek radzieckiego żołnierza, a następnie wyprowadzili go do dworskiego ogrodu i tam go zastrzelili. Pamiętam też pogrzeb mego dziadka Jana Polańskiego, ojca  mojej matki. W pogrzebie uczestniczyli księża: grekokatolicki z Ulucza i rzymskokatolicki z Borownicy. W Uluczu odczuwało się w tym czasie bezwzględną okupację niemiecką. W tym trudnym czasie zarówno Polacy jak i Ukraińcy organizowali zbrojne oddziały przeciwko okupantom, zarówno niemieckim jak i sowieckim. Na naszym terenie powstała Ukraińska Powstańcza Armia nazywana, jako UPA, która miała bronić cywilną ludność ukraińską przed napadami różnych band polskich. W tym czasie młyn i tartak były na usługach UPA. Partyzanci przywozili zboże na mąkę, której wypiekano suchary. Na tartaku rżnięto kloce na grube deski. W dzień przychodzili majstrowie ze wsi i robili pomiary kryjówek, a nocą inna grupa ładowała te materiały na furmanki i wywozili do lasów. Deski robiono na wymiar i były ponumerowane. Z przywiezionego materiału budowano po lasach kryjówki dla partyzantów. Przypominam sobie jak pewnego dnia późnym wieczorem przyszła do naszego domu żandarmeria z UPA. Jednym z nich był K. z Jabłonicy i wtedy zapytał matkę gdzie jest ojciec? Matka odpowiedziała, że ojca nie ma w domu. Powiedział wtedy, że ojciec ma szczęście, że go nie było w domu, bo by dostał 25 buków, za to, że tartak ostatnio nie pracował. Moja mama natychmiast zareagował na te słowa i powiedziała: skąd weźmie wodę do tartaku? W rzece nie ma wody, bo jest susza! Ojciec wiedział, że coś się stanie i dlatego się ukrył. Tak było w Uluczu do1944 roku w tym samym roku znów zobaczyłem żołnierzy radzieckich, jak szli na Berlin. Widziałem jak po drugiej stronie Sanu Niemcy gnali ludzi do kopania okopów. Kiedy sowieci już przyszli do Ulucza zaczęli zmuszać ludzi do kopania okopów. Wtedy zobaczyłem jak gdzieś 150 metrów od naszego domu zatrzymała się katiusza i wyrzuciła pociski na niemieckie okopy. W tym czasie Niemcy opuścili okopy, a wojska sowieckie weszły w te okopy i katiusza ich samych wystrzelała. Gdzieś po obiedzie sowieci wywozili rannych w kierunku Przemyśla. Po przejściu tego frontu może parę tygodni albo miesięcy była nareszcie cisza.

Po wojnie

Nowa władza Polski Ludowej organizowała się w Sanoku, Brzozowie jednym słowem za Sanem. Sołtysem w Uluczu został wybrany Polak Mikołaj Polański . Tenże sołtys zaraz po wyborze został we własnym domu zastrzelony przez nieznanych organizatorów UPA. Na tym terenie nie była akceptowana komunistyczna władza polska. Za drugim razem na sołtysa został wybrany Ukrainiec Szlachtycz, który po powrocie z narady w gminie Dydnia został powieszony przy własnym domu. Po tych smutnych wydarzeniach we wsi Ulucz nie było żadnej władzy państwowej zapanował chaos. Jedyną władzą w Uluczu była UPA, ale tam też byli ludzie o różnych poglądach dobrych i złych jak w każdym społeczeństwie. Na naszym terenie według mojej wiedzy na samym początku nie było jeszcze zorganizowanych oddziałów UPA. Niemniej jednak w Uluczu organizowano samoobronę. Jak pamiętam to polegała ona na tym, ze nocami były wystawiane warty pełnione przez mężczyzn. Celem tych wart była ochrona ukraińskiej ludności cywilnej przed napadem band polskich. Rzeka San była w tym czasie granicą między społecznością polską i ukraińską. Ludzie, którzy się czuli zagrożeni przez UPA uciekali za San. W tym czasie panował reżim konspiracyjny, jeden drugiego się bał, aby przypadkiem przez nieostrożność nie zawisnąć na sznurku. Przyszły ciężkie czasy dla Ulucza. Nie było w tym czasie żadnego kontaktu ze światem. Ryzykiem było odwiedzanie innych miejscowości ,a przede wszystkim miast, ponieważ groziło to osobistym niebezpieczeństwem. Brak było towarów codziennego użytku, żywności, lekarstw, ubrań, środków higieny i innych potrzebnych rzeczy. W Birczy w tym czasie stacjonowała jednostka KBW, która dokładnie obserwowała okoliczne wsie ukraińskie i bardzo często napadali na te okoliczne wsie i między innymi też i na Ulucz. Latem 1945 roku gospodarze z Żohatyna i z Jawornika – Ruskiego przywieźli do naszego młyna zboże do zmielenia na mąkę, ponieważ przygotowywali się na wyjazd na Ukrainę. Mówili, że u nich z rana było wojsko polskie z Birczy. Za chwilę ojciec z podwórka zobaczył jak z kierunku Borownicy, skąd mogło nadejść wojsko szedł partyzant <Kryha> z chłopem ze wsi Teodorem Jawornickim prawdopodobnie szli na polowanie do lasu. Akurat stąd mogło nadejść to wojsko polskie z Birczy, które ludzie widzieli na Wariatce9. Ojciec będąc na podwórzu zawołał ich do naszego domu i poinformował ich o tym co ludzie, którzy przyjechali do młyna widzieli i mówili, że z rana było u nich polskie wojsko z Birczy. Jawornicki z <kryhą > na chwilę zatrzymali się na naszym podwórzu. W tym samym czasie bracia Baranik Andrzej i Michał remontowali u nas oborę. Pamiętam jak z bratem Adamem Polańskim bawiliśmy się na tartaku. Po pewnym czasie Adam chciał wrócić do domu i idąc w kierunku Borownicy zauważył jak na łokciach czołgają się polscy żołnierze w kierunku naszego domu. Adam natychmiast zawrócił i krzyknął na cały głos idą „Polacy”. To był taki wrzask, jak za czasów kiedy Tatarzy napadali na Ulucz. Ojciec mój widząc co się dzieje poszedł natychmiast do młyna i zakopał się w plewach z prosa. Jawornicki pobiegł schodami na strych i tam też na górze się schował. Jednak Polacy go zauważyli, ściągnęli go z góry i zastrzelili pod naszym oknem. Teodor J. był prostym chłopem ze wsi nie należał do żadnej organizacji i przypadkowo znalazł się na naszym podwórzu i bez żadnego sądu został rozstrzelany. W tym samym czasie młyn pracował, pasy transmisyjne obracały koła. Jeden z żołnierzy na podkreślenie swojej ważności puścił serię z automatu na młyn, na szczęście kula ojca nie trafiła. Matka nasza z nami była w domu. Nagle z wielkim szumem i złością wbiegł do mieszkania żołnierz z bagnetem i sprawiał wrażenie, jakby chciał nas poprzybijać tym bagnetem. Swoją złość rozładował w ten sposób, że bagnetem przebił ślubne zdjęcie ojca i matki, które wisiało na ścianie. Siostra Zosia, która obecnie mieszka w Toronto, ze strachu pogryzła sobie palce. Michał Baranik ze strachu nakrył się ściółką w oborze.

Natomiast jego brat Andrzej razem z <kryhą> uciekli skacząc przez płoty i zabudowania. Natychmiast za nimi posypały się serie z karabinów maszynowych, ale mieli szczęście, że ich ominęły, bo zostali przy życiu. Z tego wynikało, że Wojsko Polskie zadowoliło się śmiercią Teodora J. bo myśleli, że to był mój ojciec młynarz. Myślę, że Teodor J był na tę chwilę moim ojcem. Mój ojciec i Teodor J. wiekiem byli równi i nawet podobni do siebie. Andrzej Baranik został wysiedlony na Ukrainę i umarł w Kałuszu. Michał Baranik razem z naszą rodziną w ramach Akcji Wisła został przesiedlony na ziemie północno – wschodniej Polski w powiecie Susz. Teodor J. został pochowany przy cerkwi na Dubnyku. Po tej strzelaninie na naszym podwórzu wojsko zabrało nam krowę i odjechali w kierunku Birczy. Z tego wynika, że w tym już po wojennym czasie na każdym miejscu i w nieokreślonym czasie czekała człowieka śmierć, jak nie ze strony UPA to ze strony band polskich, czy też wojska. Człowiek w tym czasie wszystkiego się bał i nikomu nie wierzył. Nie raz zastanawiałem się nad tym, dlaczego między Polakami i Ukraińcami wytworzyła się w tym czasie, aż taka wielka nienawiść? Dlaczego brat zabijał brata, komu to było potrzebne, kto na ludzkim nieszczęściu zbijał kapitał? Do drugiej wojny światowej Polacy żyli w zgodzie z Ukraińcami. Myślę, że to wojna była przyczyną wytworzonej nienawiści między ludźmi. Po spaleniu Ulucza przez bandy i wojsko polskie mieszkańcy wsi rozeszli się po wsiach, z których ludzi przed rokiem wysiedlono na Ukrainę radziecką. Rodzina moja jakiś czas mieszkała w Lipie, a następnie w Dobrej – Szlacheckiej, za Kuszkowym. Po upływie jakiegoś czasu, powróciliśmy do swojej wsi Ulucza i wtedy ojciec przygotował murowaną piwnicę, która zastąpiła nam spalony dom. Matka położyła pościel na kartoflach i to było naszym łóżkiem. Jedyną rzeczą, która nam pozostała to była krowa nasza jedyna żywicielka. Muszę powiedzieć, że to była wyjątkowa krowa i była tak mądra, że gdy Polacy napadali na Ulucz, ona sama prowadziła mnie za sznurkiem w las. Umiała też uciekać od wrogów. Dla tej mądrej krowy, jedynej naszej żywicielki ojciec rozebrał dużą kryjówkę na polu i obok naszej piwnicy, w której mieszkaliśmy pobudował dla tej czerwonej krowy stajenkę. W tej piwnicy postawiliśmy metalowy piecyk, na którym gotowaliśmy potrawy. Po tylu latach, jak tak sobie pomyślę i się mocno dziwię, jak w takiej małej piwnicy mogło się pomieścić, aż 5 osób: rodzice, ja i dwie siostry. Pewnego dnia przyszło do naszej „chaty „dwóch partyzantów. Mama w tym czasie robiła masło i na kuchni gotowały się kartofle. Zapach! Aż tu raptem drzwi otwierają się: wchodzi dwóch partyzantów i powiadają: „o jak dobrze myśmy trafili” Ja w tym czasie czułem nie tak ten zapach, jak smak świeżych kartofli i maślanki. Po zjedzeniu jeden z partyzantów powiedział „Ne jiw boliw, najiw zachoriw„ Podziękowali i poszli. Po upływie kilku dni w podobny sposób w piwnicy odwiedził nas z wojskiem Mikołaj Bałka, który szukał swoich kolegów z UPA. Mikołaj B. z początku należał do UPA, a po pewnym czasie zdradził swoich kolegów z UPA, uciekł za San. Od tej pory z oddziałem Wojska Polskiego chodził po Uluczu i szukał swoich byłych kolegów z UPA. Mikołaj B, oprócz mieszkańców Ulucza odwiedzał razem z wojskiem polskim również mieszkańców sąsiednich wsi Pewnego dnia w miesiącu lutym w godzinach wieczornych odwiedził z wojskiem dom rodzinny Michała Dorockiego w Dobrej – Szlacheckiej. Rodzina ta po spaleniu Ulucza zamieszkała w Dobrej – Szlacheckiej. W tym czasie w tym domu przebywało czterech partyzantów UPA. Na widok wojska, dwóch z nich wyskoczyło przez okno i w czasie ucieczki zostali zastrzeleni Pozostałych dwóch partyzantów wraz z gospodarzem schowali się w piwnicy pod domem. Terror po wojnie. Po tym, jak zastrzelili tych dwóch partyzantów, wojsko podpaliło dom. Żona Michała D zaczęła płakać mówiąc, że w piwnicy jest jej mąż. Żołnierze natychmiast skoczyli do piwnicy, skąd wynieśli na pół żywych gospodarza i dwóch partyzantów. Położyli ich na śniegu i po pewnym czasie na świeżym powietrzu odżyli. Wojsko było zadowolone, że złapali dwóch banderowców żywych i natychmiast odwieźli ich do aresztu w Sanoku. Z tego wynika, że Mikołaj B. dobrze się orientował gdzie można było znaleźć kolegów z lasu z którymi kiedyś razem przebywał, a potem bez skrupułów wydawał ich w ręce Wojska Polskiego. Jak pamiętam i słyszałem z opowiadań ludzi z Ulucza to ci chłopcy z UPA w lasach strasznie głodowali i dlatego prosili prostych wieśniaków o wsparcie i odwiedzali ich domy, wiedząc, że grozi to im i domownikom wielkim niebezpieczeństwem. Celem ich nie była walka z Narodem Polskim, a tylko z komunizmem. Walczyli o wolną Ukrainę. Wracając do tych partyzantów złapanych na podwórzu Michała D, chcę powiedzie, że tymi partyzantami, których zabrali do Sanoka byli: Roman Sowa (Mazepa) , taki nosił pseudonim i pochodził on rodem z Żahotyna, a drugim był Drapak, który pochodził, aż ze wschodniej Ukrainy. Pamiętam jak przed rokiem z Żahotyna przyjeżdżał do młyna ze zbożem do zmielenia jego starszy brat Romana Sowy i mówił nam, że przygotowują się na wyjazd na Ukrainę, a w Polsce pozostaje jego młodszy brat Roman. Pamiętam też pogrzeb tych dwóch partyzantów zastrzelonych na podwórzu u Michała D, w Dobrej – Szlacheckiej. Następnego dnia przywieźli ich do Ulucza w skrzyni zbitej z desek i pochowali na Dubnyku. Nie był to pogrzeb cerkiewny, bo nie było wówczas w Uluczu księdza i pochowano ich po lewej stronie cerkwi na Dubnyku. Opowiadali ludzie z Ulucza, że zdrajca Mikołaj B, z rodziną wyjechał na Śląsk i ktoś mu tam pomógł zakończyć życie. Pewnego dnia siedział sobie pod sklepem i ktoś za ściany uderzył go ciężkim narzędziem w głowę i od tego umarł.

Borownica

Nie sposób nie opisać bandyckiej działalności mieszkańców wsi Borownica. Wieś powstała w siedemnastym wieku jako osada przy istniejącej tu hucie szkła, która działała jeszcze w drugiej połowie dziewiętnastego wieku. Początkowo była własnością Romualda Tergonde. W osiemnastym i dziewiętnastym wieku przybyło tu wielu osadników niemieckich, którzy ulegli stopniowej asymilacji i polonizacji. Na początku XX wieku mieszkańcy zbudowali w dolnej części wsi murowany kościół. Do drugiej wojny światowej Borownica była przysiółkiem Jawornika Ruskiego. Po drugiej wojnie światowej mieszkańcy wsi Borownica organizowali napady na sąsiednie wsie ukraińskie, między innymi i na Ulucz. Borownica była bardzo biedną wsią. Właściciel dworu w Uluczu pobudował za Uluczem hutę szkła i sprowadzał do pracy robotników z centralnej Polski. Na początku właściciel huty dawał im trochę ziemi, a potem zaczęli karczować lasy i budowali swoje domy. Przeważnie zajmowali się rzemiosłem i żyli z tego co sprzedali mieszkańcom z sąsiednich wsi ukraińskich. Prawdę mówiąc utrzymywali się z usług. Jednak oni dobrze obserwowali nasze bogate okoliczne wsie ukraińskie. Widzieli tam i bogatych i biednych gospodarzy. Ich bieda stała się naszą biedą. Ta ich bieda stała się przyczyną zazdrości do Ukraińców z sąsiednich wsi. Zaraz po wyzwoleniu rozpoczęły się napady Borowniczan na nasze wsie ukraińskie, między innymi i na Ulucz. Pod koniec 1944 komendantem posterunku MO w Borownicy był Jan Kotwicki (w czasie wojny dowódca oddziału AK „Ślepy”). Wziął sobie za żonę Ukrainkę, być może nawet z Jawornika Ruskiego. Ten że komendant miejscowego posterunku MO Jan Kotwicki uzbroił mieszkańców Borownicy od dziadka po kołyskę. Kiedy nastała władza Polski Ludowej mieszkańcy Borownicy stali się wówczas panami sytuacji w całej okolicy. Zaczęli wtedy pokazywać swoje prawdziwe oblicza. Jezdzili wówczas furmankami z karabinami maszynowymi po ukraińskich wsiach i grabili, co się tylko dało i zabijali kogo chcieli. We wsi Poruby ścięli jednemu Ukraińcowi głowę siekierą na pniu za to, że jego syn był w UPA, chociaż UPA jeszcze w tym czasie nie było. Była tylko żandarmeria, a sotnie UPA dopiero zaczęły się organizować. Prawie wszyscy mieszkańcy Borownicy znali język ukraiński i żenili się z Ukrainkami. Pamiętam jak jednego dnia borownicka bojówka wracała z grabieży po naszych ukraińskich wsiach i po drodze zatrzymali się w naszym domu ponieważ ich rodzice przywozili do naszego młyna zboża do zmielenia i stąd była ta znajomość z moją rodziną. Omal wtedy nie doszło do tragedii. Był wtedy u nas parobek sąsiada Roman, który wśród tych przybyłych bojówkarzy rozpoznał kolegę, który również był parobkiem i kiedyś paśli razem bydło na jednym pastwisku. Wtedy ten nasz Roman zwrócił się do swego kolegi z Borownicy: co ty teraz taki ważny, bo masz broń? Roman wypowiedział te słowa i poszedł do domu Ten pastuch z Borownicy wziął do ręki karabin maszynowy i chciał za naszym parobkiem Romanem pościć serię kul. Wtedy mój ojciec natychmiast zareagował i poprosił znajomego z tej bandy bobrownickiej, żeby ten młody człowiek uspokoił się i nie zabijał tego parobka z Ulucza. W ten sposób mój ojciec uratował życie temu Romanowi. Podsłuchałem kiedyś rozmowę starszych ludzi z Ulucza znajomych mego ojca, którzy opowiadali jak to mężczyźni z samoobrony z poszczególnych wsi, jak z Ulucza, Groszówki, Jabłonicy, Porób, Jawornika Ruskiego, Żahotyna, a nawet z Lipy, Bryżawy, a nawet i z Dobrej Szlacheckiej wysłali list w formie depeszy do mieszkańców wsi Borownica, ażeby przestali napadać z bronią w ręku na nasze wsie ukraińskie. Zostały wysłane aż trzy prośby w formie ostrzeżeń do mieszkańców Borownicy, aby nie znęcały się nad mieszkańcami ukraińskich wsi. Te ostrzeżenia, ani też prośby nie dawały żadnych rezultatów, bo komendant „Ślepy” nie kazał na nie reagować. Wówczas wieśniacy naszych wsi między innymi i z Ulucza doprowadzeni do ostateczności postanowili wyrównać swoje krzywdy. Pamiętam dobrze jak to wtedy wyglądało. Rozpoczynała się wiosna i było to na przełomie marca i kwietnia jak to mieszkańcy okolicznych wsi ukraińskich między innymi i z Ulucza z bronią w ręku otoczyli wrogą wieś Borownicę i zaczęli kolejno podpalać zabudowania. Borownicka samoobrona zaczęła ostrą obronę. Rozpoczął się prawdziwy bój, słychać było strzały i zapach śmierdzącego dymu, gdyż paliły się zwierzęta w oborach. Obrona borownicka wykorzystała nawet do obrony murowany kościół, gdyż stąd łatwiej było namierzyć przeciwnika. Uzbrojone chłopstwo z sąsiednich wsi, które likwidowało wieś Borownicę skoncentrowało się na cmentarzu w pobliżu kościoła po drugiej stronie drogi. Obrona z Borownicy oprócz kościoła wykorzystała jeszcze betonowy most na rzece, z którego strzelali do napastników. Jeden z przywódców napastników zwrócił się do podwładnych z pytaniem, który z was mógłby podejść rzeką pod kościół i wrzucić granat pod most? Na ochotnika zgłosił się syn Wania Demczaka z Porub, który był razem z ojcem na tej akcji. Tenże syn Wania D czołgał się w górę rzeki trzymając palec na spuście karabinu Ci spod mostu go zauważyli i strzelili do niego, kula trafiła go w samo czoło tak, że nawet palcem nie ruszył spustu . Wtedy przyszli z pod mostu obrońcy Borownicy i jeden z nich chwycił za lufę karabinu i wprowadził w swój brzuch kulę z nieboszczyka. Kiedy ojciec dowiedział się, że jego jedyny syn zginął, wtedy chwycił za automat i szybko pobiegł do zabudowań i zaczął strzelać do ludzi. Po chwili koledzy podbiegli do niego i odebrali mu broń, aby nie strzelał do ludności cywilnej. W tej akcji z ludności cywilnej w Borownicy nikt nie zginął. Natomiast ze strony napastników zginęło parę chłopaków, między innymi syn sołtysa Morajki z Ulucza. Po tej bitwie w Borownicy, gdzieś około obiadu, a nawet może i pod wieczór wyszedł z Borownicy tłum ludzi: kobiet z małymi dziećmi ludzi starszych i wszyscy przyszli do Ulucza. Mieszkańcy Ulucza nie pamiętając krzywdach, których doznali z ich strony udzielili im pomocy, a nawet nakarmili i przenocowali. Na drugi dzień ten tłum ludzi wyszedł z Ulucza i poszli na drugą stronę Sanu do wsi Witryłów, Druga cześć tej ludności poszła w kierunku Przemyśla i po Akcji Wisła zajęli najlepsze gospodarstwa po wysiedlonej ludności ukraińskiej. Duża grupa mieszkańców z Borownicy zajęła najlepsze gospodarstwa koło Medyki we wsi Poździaczu, a w późniejszym czasie wieś nosiła już nazwę Leszno.

CIEKAWE SPOTKANIE PO LATACH

Po Akcji Wisła mój teść Mikołaj Zawalak, dawny mieszkaniec wsi Chotyniec powiat Jarosław, a przesiedlony w ramach Akcji Wisła do wsi Budry powiat Węgorzewo w latach sześćdziesiątych postanowił powrócić w swoje rodzinne strony, ale nie do Chotyńca skąd pochodził, tylko kupił gospodarstwo od Serwańskiego w Pozdziaczu i tam się osiedlił na stałe. Muszę powiedzieć, że była to porządne gospodarstwo z murowanym domem, stajnią, stodołą i w dodatku w centrum wsi. Pierwotny właściciel tego gospodarstwa był również w ramach Akcji Wisła przesiedlony na ziemie północno – zachodniej Polski. Rodzina nasza, żona i dzieci co roku wyjeżdżaliśmy na odpoczynek do Bułgarii nad morze czarne. Za każdym razem, gdy jechaliśmy do Bułgarii, czy powracaliśmy odwiedzaliśmy teścia w Pożdziaczu. Pewnego razu jak wracaliśmy z wycieczki zepsuł mi się samochód i trzeba było pospawać rurę wydechową. Zapytałem wtedy teścia kto we wsi mógłby pospawać taką rurę? Wtedy teść wskazał mi trzeci dom naprzeciwko. Według wskazań teścia podjechałem pod dom i zatrzymałem się na podwórzu. W domu zastałem starszą panię zapytałem czy jest gospodarz? Odpowiedziała mi, że jest w polu, bo żniwuje. Zapytałem ją wtedy, czy pani jest tutejsza? Odpowiedziała, że nie jest tutejsza, ze jest z Borownicy. Przypatrzyłem się dobrze tej pani i od razu skojarzyłem sobie ją z jej ojcem z Borownicy, ponieważ przywoził do nas do młyna zboże do mielenia. Zapytałem zaraz! Czy pani przypadkiem nie nazywa się Budnik? Odpowiedziała, że tak i jednocześnie zapytała, a skąd pan mnie zna? Odpowiedziałem jej na to, że ja panią widzę pierwszy raz, ale pamiętam pani ojca, był wysoki, dobrze zbudowany i miał rude wąsy, czuć od niego było zapach chlewu, gdyż hodował świnie. Wówczas ta pani zapytała, a kto pan jest? Odpowiedziałem, że jestem synem tego młynarza z Ulucza. W dalszym ciągu czekałem na gospodarza, aż tu raptem po obiedzie zeszło się całe podwórze ludzi do teścia. Na wieść, że przyjechał Uluczanin ludzie przyszli, żeby zobaczyć byłego sąsiada z Ulucza. Ludzie otoczyli mnie naokoło, a ja znalazłem się w środku i nastąpiła chwila milczenia. Po chwili odezwał się jeden z nich w moim wieku, z czarną czupryną, niskiego wzrostu i zadał mi pytanie: Czy nie mogliśmy żyć tak jak przed wojną? Odpowiedziałem mu na to: Gdybyście nie słuchali tego ślepego komendanta, może by i tak było. Słyszałem z tłumu głosy, to prawda. Po chwili drugi odezwał się i powiedział, że to syn sołtysa Morajki z Ulucza już po śmierci zastrzelił naszego mieszkańca. Na to ja odpowiedziałem. To nie był syn Murajki z Ulucza, a był to syn Wania Demczaka z Porub, który wraz z ojcem brał udział w likwidacji waszej wsi. Ojciec jak się dowiedział, że syn zginął, to pobiegł z automatem do zabudowań i zaczął strzelać do ludzi, a inni z naszych zabrali mu broń, aby nie strzelał do ludności cywilnej. Zebrani na podwórzu ludzie potwierdzili, że tak było. Odpowiedziałem na to: A wasi bracia wyrzucili nas z naszej ojcowizny i wywieźli na zagładę. Pan Bóg jednak nie pozwolił nam zaginać. Żyjemy na ziemiach północno – zachodnich Polski, uczymy się w szkołach, pracujemy w instytucjach państwowych i doskonale radzimy sobie w nowej sytuacji życiowej, gdyż nasz naród jest pracowity i odpowiedzialny i potrafi się dostosować do każdych warunków. Ukończyłem studia i pracuję jako wizytator Techników Rolniczych. Za to, że nie umieliście z nami żyć jak przed wojną, to teraz uprawiacie ciężką, gliniastą ziemię w Pożdziaczu. Powracam pamięcią do tragedii w Dobrej – Szlacheckiej i rodziny Michała D. rodem z Ulucza. Do tej tragedii przyczynił się Mikołaj B., który sprowadził wojsko do tego domu, w którym w tym czasie było czterech partyzantów. Dwóch z nich zginęli na miejscu, pozostali na pół żywi z gospodarzem domu, zostali wyniesieni z piwnicy płonącego domu. MAZEPA. Wśród nich był Mazepa, którego dobrze pamiętam. Pochodził z Żahotyna i nazywał się Roman Sowa. Był bardzo przystojnym mężczyzną, wysoki i bardzo był podobny do Hansa Klosa, chodził w polskim mundurze z dwoma gwiazdkami. Tymi żywymi partyzantami, których zabrało wojsko do Sanoka byli właśnie Mazepa i Drapak rodem ze wschodniej Ukrainy. Zabrali też razem z nimi gospodarza domu Michała D. Wszystkich razem wojsko wywiozło do aresztu w Sanoku. Polacy mieli nadzieję, że wykorzystają <Mazepę > w ten sposób, że będzie im wskazywał kryjówki partyzanckie w okolicznych lasach. Jednego dnia było to w lutym Wojsko Polskie wybrało się za San i zabrali ze sobą <Mazepę> z tą myślą, że wskaże im kryjówki partyzanckie w lasach. Na własne oczy widziałem jak Wojsko Polskie w białych mundurach prowadziło <Mazepę> przez spalony Ulucz do lasu. Na Krajnikach ktoś dał mu kawałek chleba. <Mazepa> miał taką nadzieję, że go swoi odbiją z rąk Polaków. Tak się nie stało. Miał jeszcze nadzieję, że może za drugim razem swoi zdecydują się go odbić i tym razem nie odbili go. Za drugim razem jak już wracali z Wojskiem Polskim z lasu z poszukiwania kryjówek, wsiedli do łódki i kiedy już byli w łódce na rzece San <Mazepa> próbował przewrócić łódkę, to mu się nie udało i nie mając już żadnego wyjścia ze złej sytuacji skoczył do wody z okrzykiem „Sława Ukrainie,, To wydarzenie miało miejsce naprzeciw Dobrej – Szlacheckiej tam gdzie dzisiaj most. Nikt nie wie, gdzie rzeka San zaniosła jego białe kozackie ciało. Drugi przywieziony z Dobrej – Szlacheckiej do aresztu w Sanoku „Drapak, też miał nadzieję, że nasi go odbiją z polskich rąk. On również poprowadził wojsko w okoliczne lasy, aby pokazać kryjówki partyzanckie. Owszem pokazywał kryjówki o, których wiedział, że będą puste. Partyzanci też się orientowali do, której kryjówki może przyprowadzić wojsko i dlatego tą kryjówkę podminowali. Pewnego dnia <Drapak> przyprowadził wojsko do tej podminowanej kryjówki nie wiedząc o tym, że grozi mu niebezpieczeństwo. Doszło do tragedii. Zginął śmiercią tragiczną porucznik Wojska Polskiego, a Drapakowi mina oderwała nogę. Trzeci z pojmanych w Dobrej – Szlacheckiej gospodarz domu i osadzony również w areszcie w Sanoku Michał D. uciekł z kryminału z Sanoku Przypadkowo spotkał się z partyzantem <Kryhą> i razem postanowili przekroczyć granicę polsko -radziecką. Nie udało im się przekroczyć tej granicy. Na granicy wywiązała się strzelanina w wyniku, której Michał D został ciężko ranny. A co się stało z partyzantem <Kryhą> tego nikt nie wie nawet Michał D. W tej sytuacji Michał D. został odwieziony do szpitala, w którym wymienili mu całą dolną szczękę. Po wyjściu ze szpitala odbył się proces sądowy i wyrokiem sądu został skazany na 25 lat odbywania kary na Syberii. Po dziesięciu latach powrócił do Polski, odnalazł rodzinę w Zielonej Górze i miałem okazję z nim porozmawiać na te tematy i stąd czerpię wiadomości na ten temat. Michał D. dożył przy rodzinie swego rzymskiego wieku. Jak mi wiadomo z różnych źródeł i opowiadań z Ulucza w Ukraińskiej Powstańczej Armii służyli: Jan B., bracia Dobrzańscy, Dańkiw, bracia Wasyl i Roman CH. Wasyl brał udział w walkach na Ukrainie Zakarpackiej w 1938 roku. Złapali go Polacy, aż w Uluczu i był sądzony za to, że walczył na Zakarpaciu i został zastrzelony przy próbie ucieczki z sądu. W szeregach UPA służyli. Charydczak był w sotni <Łastiwki >, Iwan K, Wasyl T, Mikołaj B, Murajko, Stefan K, Mikołaj Cz., Teodor P i wielu innych. W sumie w Uluczu do Ukraińskiej Powstańczej Armii poszło około pięćdziesięciu osób.

JAK WOJSKO POLSKIE PALIŁO ULUCZ

Nawracając do wsi Ulucz pamiętam że ta wieś była, aż trzy razy palona. Pierwszy raz była palona latem 1945 roku i wtedy na wieś napadła polska banda ze strony Lodyni i Hłumczy, za Sanu i spalili wówczas cały przysiółek Krajniki, a była to duża cześć wioski Ulucza. Sytuacja wyglądała w tym czasie tragicznie, gdyż kto nie zdążył uciec podczas palenia tego bandyci zabili, a niektórzy spalili się nawet w domu. Na Boże Narodzenie 1946 roku partyzanci napadli na Birczę, gdzie stacjonowały Wojska Ochrony Pogranicza. Bircza była zagrożeniem dla okolicznych wsi ukraińskich, a między innymi i dla Ulucza. Bardzo często z wojskiem na wsie ukraińskie podążali też wszelkiego rodzaju szabrownicy, których celem było grabienie ludności ukraińskiej. Ta akcja partyzantów na Birczę była nie tylko nie przemyślana, lecz i nie przygotowana. W tym roku w styczniu była bardzo ostra zima, śnieg spadł po kolana, a jeszcze do tego znalazł się zdrajca, który doniósł, że taki atak na Birczę ze strony partyzantów ma nastąpić na Boże Narodzenie 1946 roku. O tych wydarzeniach, które miały miejsce w Birczy opowiadał mi Mikołaj G. rodem z Bryżawy. Otóż w 1940 roku Rosjanie wzięli go do wojska i tam przeszedł wyszkolenie wojskowe i w stopniu lejtnanta powrócił w rosyjskim mundurze do Polski i skierowano go właśnie do tej Jednostki Wojskowej w Birczy. Dokładnie opowiedział mi co przeżył w tym czasie w Birczy. Otóż bój tam był ostry i zacięty pomiędzy wojskiem i UPA. Sam musiał się kryć w podwalach domu, aby uniknąć śmierci. Mikołaj G. opowiadał mi o tym już na ziemiach zachodnich, ponieważ odnalazł tam swoich rodziców, przesiedlonych w ramach Akcji Wisła do województwa olsztyńskiego. Po nieudanej akcji UPA na Birczę, po tygodniu zima złagodniała, śnieg zupełnie stopniał, a sytuacja w Uluczu wcale się nie polepszała. W połowie stycznia 1946 roku Wojsko Polskie zrobiło obławę na Ulucz i Groszówkę. W naszym domu zaczęło się odczuwać jakiś niepokój. Wtedy moje siostry poszły do sąsiada po drugiej stronie drogi Andrzeja Kułyka i tam przenocowały. Ojca w domu w tym czasie nie było, poszedł na Krajniki do Mikołaja Polańskiego, któremu domu Polacy nie spalili. Natomiast matka zemną została w domu. Rankiem jak tylko zaczęło świtać matka wyszła na zewnątrz domu i zobaczyła jak z gór wkrada się Wojsko Polskie do wsi Ulucz. Matka natychmiast wbiegła do mieszkania, obudziła mnie, bo jeszcze spałem i poleciła, abym pobiegł powiadomić ojca o zaistniałej sytuacji. Natychmiast się obudziłem i wybiegłem z mieszkania, wziąłem wtedy krowę na sznurek i pobiegłem przez pański ogród, przez całe Krajniki i wpadłem do domu Mikołaja P. z wrzaskiem „Polacy,, Oprócz ojca w domu Mikołaja P. nocowali: ksiądz Hirniak z rodziną, Marko P. były księgowy Mykityn. Na mój okrzyk wszyscy się zerwali i razem pobiegliśmy w kierunku Dobrej – Szlacheckiej.

WOJSKO POLSKIE W ULUCZU

Kiedy byliśmy już w połowie drogi widocznie wojsko nas zauważyło i posypały się za nami serie z karabinów maszynowych, ale myśmy już byli poza ich zasięgiem. Po ucieczce z Ulucza poszliśmy z ojcem do lasu i tam trochę zaczęliśmy odpoczywac. Po odpoczynku podeszliśmy pod górę i wtedy ojciec zauważył słup dymu unoszący się nad Uluczem. Wówczas ojciec zawołał mnie do siebie i powiedział „Popatrz, synku nasz majątek się pali „Tak z Ulucza walił dym, w tym właśnie miejscu, gdzie stał młyn i tartak. Pamiętam też, że wtedy ojciec zostawił mnie z krową u nieznanych nam ludzi pod lasem, skąd widziałem za Sanu nawet Mrzygłód. Dobrzy ludzie położyli mnie na gorący piec piekarniczy, nakarmili i nakryli Korzuchami i w ten sposób wyleczyli mnie z przeziębienia. Wtedy ze strachu biegłem spocony i prawie bosy przez śniegi, a był to styczeń 1946 rok. Po trzech dniach pobytu u nieznanych ludzi, ojciec mnie zabrał, lecz sam znowu nie wrócił do Ulucza. Ojciec odprawił mnie z krową do Ulucza, żebym się popatrzył co zostało po spaleniu z naszego gospodarstwa. Przyszedłem do wsi z krową zobaczyłem straszny widok z naszego domu pozostał tylko komin i mury, zaś z tartaku i młyna pozostały tylko mury i żelastwo. Poszedłem wtedy do sąsiada Andrzeja K. gdzie przebywały matka i siostry i wtedy na mój widok rozpłakały się. To było na naszą Jordań 19 stycznia 1946 roku Wojsko Polskie spaliło nasze gospodarstwo: dom mieszkalny, młyn i tartak. Pozostaliśmy bez dachu nad głową. Nasz sąsiad Andrzej K. zorganizował u siebie w domu wigilię, w której też uczestniczyliśmy. Przy tej rozpaczy postawił flaszkę bimbru i pamiętam, że się z tej rozpaczy tragedii upiłem. Tak więc Ulucz został spalony. Pozostały tylko te gospodarstwa, które należały do Polaków. Wieś Ulucz palono z przerwami i według kolejności, Po spaleniu Krajników przez bandy polskie, a następnie wojsko podpaliło Kut czyli centrum wsi. Pamiętam, że to było gdzieś latem 1946 roku. A było to tak. Przyszedł do Ulucza oddział Wojska Polskiego z Dobrej – Szlacheckiej na czele, którego stał porucznik jadący na koniu. W tym czasie w Uluczu stacjonowała sotnia <Hromenki>. W centrum wsi wywiązała się walka pomiędzy wojskiem, a partyzantami. W czasie tej walki porucznik poddał się, a jego oddział wojskowy rozleciał się. Cześć żołnierzy z oddziału porucznika uciekło przez błonie do Sanu, skąd szła odsiecz z karabinów maszynowych w wyniku czego zginął jeden z partyzantów na Dębniku i tam został pochowany. Po tej bitwie i po spaleniu zabudowań naoczni świadkowie z Ulucza opowiadali, że jeden z wojskowych w stopniu sierżanta schował się w kryjówce przy spalonej chacie dziadka Kułyka. U nas w Uluczu prawie wszyscy we wsi mieli przygotowane kryjówki, które miały chronić przed napadami band polskich. Po zakończonej walce i po pożarze domów ludzie wychodzili ze swoich schowków, aby zobaczyć co jeszcze pozostało z ich gospodarstwa. W czasie tej walki i pożarów w Uluczu pomiędzy wojskiem i UPA byłem w towarzystwie kolegi Mikołaja Kułyka, który był trzy lata starszy ode mnie i pisał bardzo ładne wiersze. Schroniliśmy się u jego ciotki Marii Polańskiej z domu Kułyk. Kiedy usłyszeliśmy strzały i zobaczyliśmy palące się domy w centrum to Mikołaj wyskoczył z domu i natychmiast pobiegł na Kut bo tam mieszkał jego dziadek Kułyk. Natomiast ja pobiegłem na Dębnik, skąd miałem dobrą obserwację na to co się we wsi dzieje. Będąc już u dziadka Mikołaj zauważył buty wystające z otwartej kryjówki dziadka. Wtedy długo nie zastanawiając się skoczył do kryjówki, aby zobaczyć kto tam się schował? W tym czasie przebywający w schowku sierżant puścił serię z automatu i Mikołaj wpadł do tej kryjówki i od razu zginął. Partyzanci dowiedzieli się o tym zdarzeniu, natychmiast przybiegli na miejsce wypadku i wrzucili do kryjówki granat, a sierżant dobrze wyszkolony i przygotowany do walki ten granat wyrzucił na zewnątrz. Dopiero za drugim razem partyzanci rzucili granat z opóźnionym zapłonem i wtedy sierżant zginął. Z kryjówki wyniesiono dwóch trupów: sierżanta i Mikołaja Kułyka. Opis tego wydarzenia oparłem na wypowiedziach naocznych świadków z Ulucza, którzy dokładnie przekazywali wersję tych wydarzeń. Wracając do porucznika, który się poddał, to partyzanci trzymali go przez całą noc w piwnicy Mikołaja Polańskiego, a następnego dnia zabrali go z sobą do lasu. Dalsze jego losy nie są znane. Powracając do spotkania mego z matką i siostrami na Jordańskiej wigilii u Andrzeja Kułyka, wtedy moja matka opowiedział mi dokładnie jak doszło do spalenia naszego domu, młyna i tartaku. Matka opowiadała mnie o tym co się działo od tego momentu, jak ja z tą czerwoną krową na sznurku pobiegłem powiadomić ojca, że od strony Borownicy idzie wojsko. Podczas mojej nieobecności do Andrzeja Kułyka przyszedł żołnierz i poznał matkę i od razu powiedział, żeby poszła do domu, bo inaczej dom spalą. Matka natychmiast podporządkowała się i poszła z tym żołnierzem. W tym czasie u nas w domu już było wojsko. Na spotkanie z matką wybiegło dwóch żołnierzy. Jeden z nich niczego nie mówiąc uderzył od razu matkę kolbą w głowę i zakrwawiona matka upadła na ziemię. Tenże żołnierz stanął nad nią i wrzeszczał pytając gdzie jest twój mąż? Matka gestem ręki pokazała na dom sąsiada. Wtedy drugi żołnierz chwycił matkę za rękę i poprowadził do sąsiada Andrzeja Kułyka, a tam były moje siostry i dzieci sąsiada, Siostry jak zobaczyły matkę zakrwawioną objęły ją i zaczęły mocno płakać. Wówczas zdenerwowany żołnierz powiedział ty kurwo banderowska oszukałaś mnie. W tym zdenerwowaniu chciał załadować karabin i zastrzelić matkę. W tym czasie Bóg uczynił cud, gdyż z karabinu wyleciały wszystkie naboje i rozsypały się na ziemię. Żołnierz pozbierał z ziemi rozsypane naboje i odchodząc powiedział „ty czarownico banderowska” i wyszedł z domu. Przestraszone i zdenerwowane siostry chustką owinęły głowę matce i zaprowadziły do sąsiedniego domu Własiewicza i wtedy ukryły matkę na strychu domu. Z tego strychu przez dziurę w dachu matka na własne oczy widziała jak Wojsko Polskie paliło nasz dom, młyn i tartak. Matka przez dziurę w dachu obserwowała, jak wojsko przed podpaleniem zabudowań okrążyło nasze zabudowania z tą myślą, że w czasie pożaru młynarz będzie uciekał z kryjówki. Tego się nie doczekali, bo w tym czasie razem z ojcem byliśmy, aż na trzeciej wiosce. Po spaleniu naszego domu, młyna i tartaku wojsko zabrało wszystkich mężczyzn z Ulucza i Groszówki. W Groszówce na kleniskach (góra) w zaskoczeniu i w obronie zginęło trzech partyzantów. Wszystkich mężczyzn zabranych z obławy z Ulucza i Groszówki odwieziono do Birczy i tam ich przesłuchiwano, torturowano i bito. Po paru dniach ich wypuścili i wrócili do domów .Nie powrócił do rodziny tylko Antoni Lewkowicz ,którego w Birczy tak bili ,że aż zabili na śmierć .Po licznych obławach i paleniu Ulucza wojsko nadal buszowało po naszych wsiach i między innymi i po Uluczu .Przypominam sobie bardzo smutne wydarzenie ,z tego okresu jak po spaleniu domu mieszkaliśmy w piwnicy .Pewnego dnia wyszedłem z piwnicy w godzinach południowych i zobaczyłem w odległości około 150 metrów wojsko .Natychmiast wróciłem do piwnicy i powiedziałem o tym ojcu. Ojciec po chwili wyszedł z piwnicy i poszedł na drogę ,aby się upewnić kto to jest? W czasie gdy wychodził na drogę już zobaczył orzełki na czapkach i na ten widok zaczął uciekać wzdłuż drogi pod górę. Widząc, że ojciec ucieka wtedy cały pluton rozbiegł się na lewe i prawe skrzydło drogi i zaczęli strzelać z automatów do ojca. Ojciec miał na sobie ciężką kurtkę z polskiego munduru wojskowego więc ją z siebie zrzucił i uciekał starą rzeką do lasu i uciekł. W lesie zatrzymał się na pagórku i patrzył jak to wojsko wystrzeliło wtedy setki kul za nim i pomaszerowało do Birczy. Po obławie i po spaleniu naszego majątku, przysiółek Borownica, cały dolistni koniec wsi, aż po Groszówkę, Pasieki, Czertiż nie były jeszcze spalone. Dopiero przy następnych napadach i obławach, w których przy obecności wojska brali udział cywile – szabrownicy za Sanu, z Witryłowa wieś Ulucz była już prawie całkowicie spalona. Jeszcze przed rozpoczęciem Akcji Wisła Ulucz był już całkowicie spalony, poza jednym domem na Krajnikach nad samym Sanem. Jak już wspominałem ludzie z Ulucza po spaleniu wsi rozeszli się po okolicznych wsiach, z których ludzie wyjechali na Ukrainę. Ulucza przed Akcją Wisła już nie było. Wojsko dosłownie polowało na ludzi! kogo złapali tego zaraz wywozili na Ukrainę. Ludzie nie byli zainteresowani wyjazdem na Ukrainę gdyż słyszeli o strasznym głodzie i umieraniu ludzi na wschodniej Ukrainie. Ludzie pamiętali dobrze, że podczas gdy w Uluczu w czasie wojny była władza radziecka panował głód i nędza. Dlatego gdzie kto mógł to uciekał i chował się przed wywózką na Ukrainę. Ale i byli tacy, którzy nie byli w stanie uniknąć wywózki. Jednym z tych złapanych i przymusowo wywiezionych o nazwisku Hatała odnalazł się aż na Krymie. Ostatnim naszym księdzem w Uluczu był Hirniak. Długo się chował i uciekał razem z nami, aż nareszcie został złapany i wysiedlony z rodziną na Ukrainę. Człowiek w tym czasie nie miał żadnej wartości tym bardziej jeszcze, że był narodowości ukraińskiej. Ciężko było żyć w tych czasach i w tych warunkach. W tym czasie trzeba było bardzo uważać na siebie i żyć w bezwzględnej konspiracji, gdyż można było strącić życie ze strony swoich, jak też wroga. Przykładem może być mój brat stryjeczny Piotr Czebieniak, którego brat Mikołaj służył w UPA w sotni <Hromenki>, a on sam zamieszkał z rodziną w Dobrej – Szlacheckiej. Często jeździł końmi do Sanoka, gdyż był pewny, że skoro brat jest w UPA to jemu włos z głowy nie spadnie. Tymczasem został posądzony o zdradę i zlikwidowany przez UPA. W bardzo podobny sposób zginął Marian Charydczak, 18 – letni chłopak, którego złapało wojsko i zabrało do Birczy. Trzymali go tam tydzień czasu. Po tygodniu został wypuszczony do domu i też został posądzony o zdradę i został zlikwidowany przez UPA. Jego ojca Czadusia młynarza w 1939 roku wywieźli bolszewicy na Sybir, skąd nie wrócił. Samotna matka Zofia wywieziona w ramach Akcji Wisła do Suszu i tam umarła i nie było komu jej nawet pochować. Na podstawie tych przykładów można już mówić o tragedii, która spotkała wiele rodzin z Ulucza.

EGZEKUCJA

W tym czasie osobiście byłem świadkiem jednej egzekucji na jednym z mieszkańców Ulucza. Jednego dnia było to po obiedzie i mieszkaliśmy wtedy jeszcze w piwnicy przyszła wiadomość, że nasi organizują zebranie w tej jedynej chacie nad Sanem, na Krajnikach. Każdy kto jeszcze we wsi pozostał żywy, był ciekawy w jakiej sprawie zostało zwołane to zebranie. Z naszej rodziny poszedłem ja na to zebranie. Przyszło na to zebranie około 15 osób. Jak się po chwili dowiedziałem to na to zebranie miała żandarmeria z UPA i przyprowadzić ze sobą Wasyla Ch ,którego brat PS. <Soroka> służył w sotni Łastiwki. Po chwili przyprowadzili Wasyla Ch. i postawili go pod ścianą domu. Wtedy wystąpił jeden z partyzantów i zapytał <Czy znacie tego człowieka?> <Tak, znamy, to jest nasz sąsiad> odpowiedzieli ludzie. Mówili prawdę. Partyzanci rozkazali ludziom ustawić się w czworobok przed ścianą. Wasyl Ch. wrócił z Niemiec do domu do Ulucza, bo był w Niemczech na przymusowych robotach. Do UPA nie chciał przystąpić, a był chłopem silnym i dwumetrowym. Wystąpił po chwili jeden z partyzantów i powiedział do zebranych ludzi <Widzicie, my o głodzie i chłodzie walczymy o niepodległą Ukrainę i ochraniamy nasz Naród przed wrogim nam komunizmem, a wasz Wasyl zdradzał was> Wtedy ten partyzant zadał pytanie Wasylowi <Czy ty donosiłeś wojsku o partyzantach i o wieśniakach, którzy pomagali partyzantom we wsi?> Wasyl Ch. za każdym razem przyznawał się, że donosił i współpracował z Polakami przeciw UPA. Podszedł wówczas do niego partyzant <Kołos > rodem z Jawornika Ruskiego, chwycił go za rękę, wyprowadził z tłumu obok domu i oddał trzy strzały z pistoletu w tył głowy. Tenże Wasyl Ch. leżał trzy dni na skrzyżowaniu dróg między Uluczem, a Dobrą – Szlachecką, żeby ludzie widzieli co ich czeka za zdradę. Pamiętam jak w połowie lata 1946 roku, jak nasz przysiółek Borownica był już spalony, a my mieszkaliśmy jeszcze w piwnicy przyszło pewnego dnia do Ulucza duże zgrupowanie partyzantów UPA. Wtedy miałem okazję przyjrzeć się tej się tej Ukraińskiej Powstańczej Armii. Patrzyłem z ciekawością co będą robili? Najpierw utworzyli mały szereg, do którego przemawiał ich szef – może sotenny, Po tym szeregu ustawił się drugi szereg do, którego również przemawiał dowódca. Tak kolejno ustawił się trzeci szereg do, którego też widocznie przemawiał starszy rangą oficer. Po tych przemówieniach i naradach wszyscy rozeszli się i dopiero po paru godzinach w nocy, były widoczne łuny nad Sanem. Paliły się wówczas polskie wsie: jak Łodzina, Witryłów i Tomaszów. Wyglądało na to, że był to odwet za nasze krzywdy, które czyniły bandy polskie i wojsko grabiąc i niszcząc ludność ukraińską Nasza wieś Ulucz pod koniec 1946 roku była już prawie całkowicie spalona i wyludniona, a mieszkańcy naszej wsi rozeszli się po okolicznych wsiach, z których ludność wysiedlono na Ukrainę. Kilka rodzin ukraińskich pozostało jeszcze w Uluczu między innymi i moja rodzina, lecz zmuszeni byli mieszkać w piwnicach i różnych kryjówkach, bo domów mieszkalnych już nie mieli. W Uluczu pozostawiono tylko domy rodzin polskich. Moja rodzina jak również inne rodziny pozostałe jeszcze w Uluczu żyły w ciężkich warunkach. Nikt nam nie przychodził z pomocą, tylko za wszelką cenę Polska Ludowa chciała się nas pozbyć, w obojętnie jaki sposób byliśmy obywatelami państwa polskiego pracowaliśmy dla tego państwa, jak była taka potrzeba to broniliśmy go. Na tej ziemi żyli od wieków nasi przodkowie i pozostawili na niej: cerkwie, zabytki kultury i cmentarze. Tych Ukraińców z Ulucza, którzy nie chcieli przymusowo wyjeżdżać na Ukrainę, a pozostali w swej rodzinnej wsi władza ludowa w ramach Akcji Wisła poleciła wywieść na ziemie północno – zachodniej Polski. I tak w następnym 1947 roku po wielkich prześladowaniach i męczarniach doczekaliśmy się Akcji Wisła. Wojsko Polskie przyszło do spalonej wsi Ulucz 27 kwietnia. Zatrzymali się w Pańskim

Ogrodzie. Na noc poszli spać do cerkwi na Dębniku. Rankiem 28 kwietnia 1947 roku zeszli z góry Dębnik i polecili pozostałym jeszcze mieszkańcom Ulucza, koczującym gdzie kto mógł żebrać się na dworze pańskim. Ludzie powychodzili ze swoich kryjówek i zeszli się według rozkazu wojska. Przed zebranymi wystąpił porucznik wojska polskiego i przemówił do ludzi i wtedy powiedział, że rozpoczęła się. <Akcja Wisła> i dalej powiedział”. Macie dwie godziny na spakowanie i opuszczenie wsi”. Mówiąc prawdę ludzie już nie mieli co do pakowania. U mojego ojca z całego majątku pozostała tylko jedna czerwona krowa. U wuja Michała Baranika też pozostała tylko jedna krowa. Jeszcze nie było tak źle, bo pozostała nam jedna krowa, bo inni i tego nie mieli, ponieważ wszystkie krowy i konie rozkradły polskie bandy. Wujek Baranik miał jeszcze drabiniasty wóz. Widziałem jak ojciec przygotowywał się do odjazdu razem z wujem Baranikiem. Przepiłowali chomonty po koniach i wsadzili krowom na szyję. Każdy z nas co posiadał mógł rzucić na ten nasz wspólny wóz. Tak zaczęła się nasza podróż w nieznane strony. Pędzono nas w kierunku Groszówki, Jabłonicy do Siedlisk. Pamiętam, że tam nas wieczorem przywitał drobny deszczyk. Tam też spotkaliśmy ludzi pędzonych podobnie jak my z okolicznych wsi ukraińskich. Pamiętam też, że ranek następnego dnia był pochmurny i zimny. Była to pora roku wiosenna, a z nią różnie bywa i pogoda była bardzo zmienna. Zagnali nas jak bydło do napoju do rzeki San. Pamiętam, że wtedy woda w rzece sięgała po brzegi i była bardzo zimna, brudna i mętna. My dzieci siedzieliśmy na wozie, a rodzice prowadzili krowy z wozem do rzeki i przez rzekę. Woda w rzece sięgała im po szyję. W ten sposób przekroczyliśmy przez rzekę San i znaleźliśmy się na drugim brzegu rzeki. Przez cały czas podróży towarzyszyło nam wojsko, które prowadziło nas pod lufami karabinów jak niebezpiecznych przestępców. Doszliśmy pod lufami karabinów, aż do stacji PKP w Sanoku Nasz marsz do Sanoka trwał kilka dni Przez cały czas maszerowaliśmy drogą, która prowadziła przez wsie zamieszkałe przez ludność polską. Ludzie z tych wsi podchodzili często do drogi, którą maszerowaliśmy i wykrzykiwali za nami, że jesteśmy bandytami, a nawet zdarzały się wypadki, że rzucali do nas kamieniami. W Sanoku czekaliśmy na pociąg, który miał nas zawieść w nieznane nam miejsce, pod gołym niebem też kilka dni, spaliśmy na ziemi, jak również pod wozem. Po kilku dniach nareszcie w Sanoku podstawiono bydlęce wagony i po kilka rodzin wsadzano do wagonów. Nareszcie ruszyliśmy w drogę. Ludzie się denerwowali, bo nikt nas nie poinformował dokąd nas wiozą? Pociąg na różnych stacjach się zatrzymywał. Podczas postoju bardzo często wychodziłem z pociągu, żeby nabrać wody i narwać trawy dla krowy. Na niektórych stacjach pociąg stał dłużej. Pamiętam że na bardzo długo pociąg się zatrzymał na stacji Jaworzno. Nie mieliśmy pojęcia, że ze stacji Jaworzno zabierano podejrzane osoby do obozu pracy w tym mieście. Rodzina moja jak też inne rodziny z Ulucza przeżywały wielkie tragedie i upokorzenia opuszczając rodzinne strony jadąc w nieznane, a niektórzy podejrzani o przynależność do UPA zostali osadzeni w poniemieckim obozie koncentracyjnym w Jaworznie. Po wyjściu z Jaworzna ci ludzie opowiadali, że strasznie się znęcano nad nimi w różny sposób, a prawda była taka, że tylko dlatego tak cierpieli, że byli Ukraińcami. Tak tą drogą męki i cierpienia dojechaliśmy do stacji PKP w Suszu. W Uluczu pozostały tylko mieszane polsko – ukraińskie rodziny: Edward Pilip, Mikołaj i Teodor Polański, Milczanowski i kilka innych mieszanych rodzin, których nazwisk nie pamiętam. Prawdę mówiąc niektórych z nich na krótko zabrano do Jaworzna na przesłuchanie, ale wkrótce wszyscy zdrowi i żywi powrócili z powrotem do Ulucza. Tylko Michałowi D. nie dopisało szczęście, Po ucieczce z więzienia w Sanoku długo ukrywał się w lesie, a rodzinę w ramach Akcji Wisła wysiedlono z Dobrej – Szlacheckiej na Dolny Śląsk.

Stefan Czebieniak

5 komentarzy

  1. Василь Шляхтич pisze:

    Цю книжку Автор прислав і мені. На окладинці книжки є ПРАВДИВЕ ім”я і прізвище Його польською мовою – Stefan Czebieniak.
    Дуже прошу виправити і перепросити Автора.
    З повагою Василь Шляхтич

  2. michał pisze:

    Z zainteresowaniem przeczytałem powyższe wspomnienia, tym bardziej, że urodziłem się w sąsiedniej wsi a mianowicie na przysiółku Bukowina nad Dobrą Szlachecką .Jako chłopiec chodziliśmy się kąpać do Sanu przez Ulucz.Zwiedzałem także cerkiew.Znam ludzi z Groszówki. Wiele nazwisk w pamiętniku są mi znajome.
    Szkoda,że ta piękna nasza ziemia doświadczyła tyle cierpienia.Obecnie mieszkam na Śląsku i byłbym wdzieczny za jakieś jeszcze wspomnienia z tamtych lat. Ja jestem już pokoleniem po wojennym /1944 r./ nie mniej z opowiadań starszych ludzi znam trochę wydarzeń z tamtych lat.

    1. Mariusz pisze:

      Panie Michale, moja prababcia Maria Rudzka urodził a się w Hroszówce, mówi panu coś jej nazwisko? Wyszła za Jana Badyrkę z Ulucza. Będę wdzięczny za każdą informację.

  3. Magdalena pisze:

    Szukam informacji o Danielu Hydlu urodzonego 3 stycznia 1891 r. w Borownicy, wiem ze przed II wojną światową już mieszkał w Szczakowej. Babcia mówiła że to jego ojciec miał hutę szkła w Borownicy.

    1. Rafał pisze:

      Proszę się skontaktować z Archiwum Państwowym w Sanoku przy ul. Sadowej 22 – może tam Pani udzielą jakiś informacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany.

Możesz użyć tych znaczników i atrybutów HTMLa: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.